Zawrót głowy
rok: 1958
reżyseria: Alfred Hitchcock
Proszę Państwa, dziś wprowadzamy do panteonu mistrzów omawianych na tym blogu jednego z najwybitniejszych w swoim fachu. Alfred Hitchcock.
Uwielbiam to uczucie podczas obcowania z Klasyką, czy to filmu czy muzyki, kiedy docierasz do samego źródła i widzisz, skąd wzięły się te wszystkie dzieła na których się chowałeś, który się jarałeś bądź jarasz wciąż. W tym przypadku sprawa jest jednak wyjątkowa – śmiem powiedzieć, że bez „Vertigo” nie byłoby połowy twórczości Davida Lyncha. Te wszystkie dualizmy i dopplegangery z „Twin Peaks”, „Mulholland Drive”, a przede wszystkim z „Zagubionej autostrady” – to wszystko jest tutaj. Patricia Arquette grająca dwie role? A ja myślałem, że to tak oryginalny pomysł!
Ale, choć jest to aspekt bliski memu sercu, to nie przez zainspirowanie Lyncha „Zawrót głowy” uchodzi nie tylko za jedno z arcydzieł Hitchcocka (w przypadku 95% reżyserów taki film w repertuarze nie miałby żadnej konkurencji), ale zwyczajnie jeden z najwybitniejszych filmów w ogóle. I już choćby we wpisie dotyczącym „Świętej góry” pisałem o trudności recenzenckiego mierzenia się takimi powszechnie uznanymi filmami, zwłaszcza jeśli masz czelność nie podzielać zachwytu. Ale tu na szczęście problemu nie ma, bo „Zawrót głowy” zachwycił i mnie.
Intryga, intryga przede wszystkim. John „Scottie” Ferguson (James Stewart – Hitchcock żałował później obsadzenia go w tej roli, ja uważam że z tą twarzą poczciwca jest tutaj idealny) jest emerytowanym detektywem, cierpiącym na ekstremalny lęk wysokości, której nabawił się podczas tragicznie zakończonego pościgu za przestępcą. Pomimo początkowych oporów, postanawia jednak zrealizować zlecenie – a właściwie prośbę – od swojego przyjaciela, zaniepokojonego dziwnym zachowaniem swojej małżonki. Początkowo oczywiście śledzi ją z ukrycia, kiedy jednak ratuje ją z wód zatoki San Francisco, znajomość ta wchodzi na zupełnie nowy poziom. I, jak można się domyśleć, to love story będzie dalekie od scenariusza typu „i żyli długo i szczęśliwie”. Tutaj jednak konieczne jest postawienie kropki, aby nie spoilerować. Choć mam świadomość, że o tej intrydze napisałem tyle co nic. Napiszę więc tylko, że plot twist tutaj jest tak mocarny (renoma Hitchcocka nie wzięła się wszak znikąd), że praktycznie obcujemy tu z dwoma filmami w jednym. Zupełnie jak w… tak, zgadliście „Zagubionej autostradzie”.
Czy jednak „Zawrót…” jest li tylko detektywistyczną historią w oparach noir? Nie, nawet nie jest nią w głównej mierze. To przede wszystkim tragiczne love story o obsesyjnym zauroczeniu, wypaczeniu miłości. O uczuciu do wyobrażenia osoby, przeradzającego się następnie w usilne próby wkomponowania w tę framugę kolejnych obiektów zainteresowania. I z tej perspektywy jest to dzieło tyle fascynujące, co uniwersalne. Możemy krok po kroku studiować drogę bohatera Stewarta do obłędu, nierozerwalnie złączonego z jego lękiem wysokości. Czy lecząc ten lęk wyjdzie także z obłędu?
Oczywiście mam świadomość, że forma, przesiąknięta Złotą Erą Hollywood, dla wielu współczesnych widzów może być nie do przejścia. Ale nie szukając daleko – remake „Psychozy” popełniony przez Gusa Van Santa jest podręcznikowym przykładem na to, że nawet kopiując kadry jeden do jednego nie oddasz geniuszu oryginału. Bo nie chodzi tylko o przepis, ale też składniki z których korzystasz, no i przede wszystkim – ręce, które to wszystko składają w całość. Co tu dużo mówić – tutaj zaowocowało to Arcydziełem.
najlepszy moment: FINAŁ
ocena: 9,5/10