Święta góra
rok: 1973
reżyseria: Alejandro Jodorowsky
Narzekałem ostatnimi czasy na to, że dosyć trudno pisze się o tzw. klasyce, czy to filmowej czy muzycznej. Bo raz, co tu napisać odkrywczego o czymś, o czym już napisano i powiedziano wszystko. A dwa, jest to zawsze pewna konfrontacja z sacrum – i dobrze, jeśli mnie ono także zachwyci i dołączę do grona wielbicieli. Gorzej, jeśli okaże się że nie czuję powszechnego zachwytu i będę próbował to jakoś uargumentować.
Ale to wszystko nieraz było już przerabiane i zazwyczaj, z lepszym lub gorszym efektem, udawało się jakoś wybrnąć z sytuacji i stworzyć te recenzje. Aż dochodzimy do momentu, w którym wypadałoby napisać coś o „Świętej górze”, skoro już tak recenzuję filmy z Timelessa. I nie mogę wykorzystać karty „ucieczka z bloga”, bo nigdy takich sobie kart nie nadałem.
Ja nie wiem co się wydarzyło w tym filmie i nie jestem pewien czy chcę wiedzieć. Nie mam nawet przekonania, czy można tu mówić o filmie jako takim, chociaż nie chcę teraz przeszukiwać Internetu w poszukiwaniu definicji. Eksperyment filmowy – o, to już zdecydowanie bardziej. Czy jest to udany eksperyment filmowy – zależy. Głównie od tego, jakie i czy w ogóle brałeaś narkotyki przed seansem. I wiem, że to brzmi jak straszne lenistwo, zrzucanie winy za brak zrozumienia dzieła na kwestie używek, ale to jest powszechna wiedza o „Świętej górze”, że twórcy konsumowali LSD i grzyby w ilościach hurtowych podczas jego kręcenia. I o ile to nie jest nic nietypowego w kontekście sztuki wysokiej lub tej niższej, że muzyk, aktor czy malarz podczas aktu twórczego się „wspomagał”, to w tym wypadku mówimy o zbiorowym haju. I jeśli istnieje granica stopnia ingerencji środków psychoaktywnych w dzieło, za którą staje się ono zrozumiałe tylko dla tych którym ten stan upojenia jest nie tylko znany, ale właśnie się w nim znajdują, to „Święta góra” tę granicę zdecydowanie przekroczyła.
Ale czy rzeczywiście w tym tkwi problem? „Świętą górę” sfinansował m.in. John Lennon (a wspomnijmy też o fun fakcie, iż w „ŚG” główną rolę miał zagrać George Harrison, który ostatecznie zrezygnował – może słusznie uznał, że trzymanie z Monty Pythonem da światu większy pożytek). Czy The Beatles brali narkotyki podczas tworzenia swoich albumów, zwłaszcza na „hippisowskim” etapie kariery? Well, a czy dzik sra w lesie? Cytując mojego ulubieńca Billa Hicksa – byli na takim haju, że nawet dawali zaśpiewać Ringo Starrowi! Ale też – czy potrzebne są narkotyki, by doznać geniuszu Sierżanta Pieprza czy „Revolver”? No kurczę nie. I oczywiście, nie twierdzę, że „Święta góra” nie zarezonuje u kogoś, kto nawet wzbrania się by polizać cukierek z alkoholem. Więc może rzeczywiście jestem za głupi na ten film?
Więc pozwolę się wziąć we własną obronę – to nie jest tak, że odbiłem się totalnie od „Świętej góry”. Na poziomie wizualnym jest to rzecz fascynująca, która wręcz musi wzbudzić podziw – o ile oczywiście jesteśmy odporni na krew, fekalia i nagość wypraną z erotyzmu w kinie. Jest to wizjonerskie i odważę się stwierdzić, że drugiego takiego filmu, a na pewno drugiej takiej twórczości jak Jodorowsky’ego zwyczajnie nie ma. Jako serii obrazów gotów byłbym dać ocenę w rejonach dziesiątkowych. Jako wspomniany Eksperyment też nie można mówić o niewypale – zresztą czas to zweryfikował, dziś ten film… przepraszam, eksperyment filmowy uchodzi za dzieło przełomowe, wyznaczające nowe kierunki dla rozwoju kinematografii. I gdybym trafił w jakimś muzeum sztuki nowoczesnej/awangardowej/etc. na pokaz takiego tworu jak „Święta góra”, to pewnie zawiesiłbym się na dłużej niż 5 minut.
Problem w tym, że „Święta góra” trwa prawie dwie godziny. I że nie jest to tylko seria obrazów, ale całość, na którą poza zdjęciami składa się „fabuła”, gra aktorów, jednym słowem – treść. I tu, cóż, odpadłem. Czy dzieło Jodorowsky’ego jego o religii, jako tym opium dla mas? O samozwańczych mesjaszach? A może to protoplasta „Żywota Briana” i ogłupieniu ludzi, desperacko szukających moralnych autorytetów? Cóż, nie mam pojęcia! Z jednej strony dzieło, które pozostaje otwarte na interpretacje to dobre dzieło. Ale w tym wypadku mówimy o interpretacji na poziomie wróżenia z fusów i doszukiwania się objawienia w plamie po kawie. I to nie jest dobry znak, kiedy początkowa fascynacja z każdą kolejną minutą przeradza się najpierw w irytację, potem w znudzenie, a na końcu w śmiech jako reakcję obronną. I nawet jeśli jest to jedna z reakcji, w którą celował sam Jodorowsky – sorry, ale ja nie tego szukam w kinie.
Mówi się, że najgorszą reakcją na dzieło jest obojętność – kiedy ani nie wzbudza zachwytu, ani też reakcji określanych jako negatywne. Zatem moją zemstą na Jodorowskym będzie taka to właśnie obojętna ocena – doceniając w jakimś stopniu formę i innowacyjność, absolutnie nie godzę się na to, by dać wyższą ocenę.
najlepszy moment: ok, przyznam że niektóre z sekcji „planetarnych” były całkiem zabawne
ocena: 7/10