Yes – Close to the Edge
rok wydania: 1972
wydawca: Atlantic
Hej dziady, dziś coś dla was.
Niejednokrotnie się na ten temat wypowiadałem, ale nigdy dość przypomnienia (a przy okazji mówienia o sobie haha): mam alergię na progresywny rock. King Crimson? Jak najbardziej. Pink Floyd? Zdecydowanie! Ale już w przypadku kapel takich jak Genesis czy Marillion zaczynam mieć wątpliwości. A już wynalazki z szuflady neo-progressive rock wywołują u mnie odruch wymiotny. Ale w świecie Muzyki jest taka cudowna zależność, że im więcej jej słuchasz, tym bardziej ją rozumiesz. To tak, jakbyś w grze komputerowej poprzez eksplorowanie pokojów zdobywał punkty doświadczenia pozwalające ci otworzyć inne pomieszczenia. Mam nadzieję, że choć trochę rozumiecie o co mi chodzi. W każdym bądź razie oto jesteśmy świadkami wiekopomnej chwili – w wieku 28 lat skumałem, o co chodzi z Yes.
Przede wszystkim chodzi o to, że kolesie są absolutnymi bogami w zakresie posługiwania się instrumentami. Zarówno jeśli chodzi o indywidualne popisy (bass Chrisa Squire’a, tak tym sfuzzowaniem genialnie kontrastujący z warstwą melodyczną, ja pierdolęęęęę, nie ogarniam), jak i interakcje, której efektem jest konglomerat rocka, jazzu, popu i poważki. I w sumie powinienem w tym momencie zakończyć wywód – tu jest tyle smaczków (np check this – linia bassu w ostatniej części numeru tytułowego stanowi połączenie partii tego instrumentu z dwóch poprzednich, TAKIE BUTY), że gdzie ja, maluczki taki, będę się o nich wypowiadał. Pokory trochę, panie ragemanie.
No tak, tyle że akurat o wybitności instrumentalnej pana Howe’a i spółki wszyscy wiedzą, tak fani, jak i hejterzy. Ci drudzy wskazują jednak problem w tym, że ten aspekt wykonawczy jest zasłoną dla miałkości samego songwritingu. W sensie – przerost formy nad treścią. Błąd. Warto zauważyć, że w repertuarze zespołu nie przypadkiem znalazła się „America” Simona & Garfunkela. Wieść gminna niesie, że panów Squire i Andresona połączyła właśnie zajawka tym duetem. Jestem przekonany, że i przy muzyce The Beatles wymienili niejedno spostrzeżenie – to wszystko tu słychać. Mimo wielowątkowości, instrumentalnych solówek, bogactwa aranżacji – te piosenki są prowadzone przede wszystkim wysokim wokalem Andersona. I to jemu zawdzięczamy najbardziej chwytające za serce momenty.
Najlepszy moment? Niby wybór powinien być ułatwiony, wszak to tylko trzy indeksy. Niby największe stężenie zajebistości jest w najkrótszym, funkujacym „Siberian Khatru”. Ale te akustyki w „And You And I”, ten przecudny patos pieśni tytułowej, zaskakujący w kontekście kakofonii z początku utworu… Nie no, jestem zdecydowanie na Tak.
najlepszy moment: SIBERIAN KHATRU
ocena: 8,5/10