rageman.pl
Muzyka

Alphaville – Forever Young

rok wydania: 1984

wydawca: WEA

 

Wiem, wiem, ja uwielbiam wszystko. Rzadko kiedy można usłyszeć w moich ustach, że jakiś wykonawca czy gatunek to gówno. No co ja zrobię, że w moim świecie Muzyka=Szczęście. Ale lata 80te to ja już kocham miłością nieskończoną. Pewnie, w jakimś stopniu wpływ na to ma fakt, że miałem szczęście urodzić się w tej dekadzie. Pomijając sentyment to fakt jest jednak taki, że prawdopodobnie połowa najfajniejszych Melodii świata powstała właśnie w latach 1980-1990. Będę bronił tej opinii własną piersią. Można było psioczyć na rock tamtego okresu (chociaż bez przesady, gdyby wymieniać kapele które wtedy zadebiutowały to szybko musielibyśmy zrewidować pogląd), ale w kategorii Pop to dziesięciolecie jest bezkonkurencyjne. Koniec, kropka. Inna sprawa, że w tym pędzie do tworzenia kapitalnych singli często zapominano o formacie albumowym. I o ile wybitne pop-piosenek z lat 80tych można wymieniać bez końca, tak przy długograjach pojawia się problem. Wymienić świetne LP z repertuaru Madonny, Depeche Mode czy Duran Duran? No problemo. Ale podasz nazwę chociaż jednej płyty Ultravox, Tears For Fears czy A-ha? No właśnie.

Warto jednak zaznaczyć, że to, że nie pamiętamy albumów tych wykonawców nie oznacza, iż nie warto ich znać. Alphaville tego dobrym przykładem. Debiutancki krążek jest wprawdzie uznawany za klasyk, ale tylko w kręgach recenzenckich i wśród synthpopofili. A to przecież ten krążek przyniósł światu kilka numerów, bez których ciężko sobie wyobrazić lata 80te. Oczywiście nieprzypadkowo wszystkie z nich to single: „Big In Japan”, midtempowe cudeńko w klimacie Nik Kershawa z chóralnym niemal refrenem ; „Sounds Like A Melody”, którygo refren zaśpiewany falsetem trąci Modern Talkingiem jakimś, by odzyskać twarz w instrumentalnej, nietypowej jak na numer pop końcówce; no i przede wszystkim track tytułowy: może i jeden z najbardziej patetycznych kawałków świata, ale dla mnie to patos tej samej jakości co u Pink Floyd czy (nie strzelać) Radiohead. Poza tym skoro kicz jest wpisany w genotyp tamtej dekady, na który w najgorszym wypadku przymykamy oko, to czemu nie postąpić podobnie z patosem, który przecież bliskim krewnym kiczu jest?

Co jeszcze? „To Germany With Love”, napędzany funkującym bassem. Otwierający całość „A Victory Of Love”, w którym pan wokalista zapodaje nizinami niczym nieodżałowany Peter Steele (swoją drogą – ma rozpiętość wokalu chłopak, nie ma co). „In The Mood” z karaibskim lekko klimatem. Trochę tych smaczków jest. Dość często eksperymenty aranżacyjne prowadzą na mielizny i brak w tym wszystkim dostojeństwa Depeche Mode czy instrumentalnej biegłości wczesnego Papa Dance. Ale na ilość hooków narzekać nie można. Prawie-Klasyk zatem.

 

najlepszy moment: FOREVER YOUNG

ocena: 8/10

Leave a Reply