Jane’s Addiction – Strays
rok wydania: 2003
wydawca: Parlophone
Moi drodzy, mam zaszczyt przedstawić Wam kapelę, która już dawno powinna znaleźć się na tym blogu. Ladies and gentlemen – Jane’s Addiction!
Narkomani, tak jak ludzie szczęśliwi, czasu nie liczą. Jednak panowie z JA, jak mało kto w branży muzycznej, za nic mają sobie zjawisko zwane regularnością. Umówmy się – nie jest normalnym wydać 3 płyty w przeciągu 3 lat, po czym następne publikować średnio raz na 10 lat.
No ale jak już wspomniałem – nie mówimy o normalnych muzykach. Było ich czterech. Perry Farrell: frontman. Choć piejący wysokim głosem niczym hardrockowi herosi, to za sprawą wymyślenia i stworzenia objazdowego festiwalu zwanego Lollapallozą nazywany ojcem chrzestnym alternatywnego rocka. A poza tym Żyd, któremu narkotyki do tego stopnia poprzewracały w głowie, że wciąż nie widzi nic niestosownego w opowiadaniu, jak to w przeszłości pracował jako męska prostytutka. Dave Navarro: magik gitary. Niby lubiący się niezdrowo (bo hardrockowo) zabawiać z gitarą podczas solówek, ale już przestrzenność riffów i skłonność do nakładania na swe partie pierdyliarda efektów i efekcików każe umieścić go w szufladzie z bardziej niekonwencjonalnymi operatorami wioseł, pokroju The Edge’a czy nawet naszego rodzimego Brylewskiego. W wolnych chwilach miłośnik make-upów, fajnych dziewczyn i spania w trumnie. I niby bez tych dwóch właśnie jegomościów trudno wyobrazić sobie Jane’s Addiction, jednak warto dostrzec, że sekcja rytmiczna Avery-Perkins to też nie ułomki. Zarówno pod względem muzycznym, jak i, nazwijmy to, charakterologicznym. Co dotyczy głównie tego pierwszego, ale o tym za moment.
I w tej właśnie konfiguracji personalnej pod koniec lat 80tych zaserwowali oni nam fonograficznego hattricka, budując nim podwaliny nie tylko pod scenę kapel swatających rock z funkiem (wespół z Faith No More i Red Hot Chili Peppers, z którego muzykami nieraz kolaborowali zresztą), ale i pod przyszły wybuch zainteresowania majorsowych labeli alternatywną sceną, z „Nevermind’ Nirvany jako najjaskrawszym tego efektem. Szczególnie okazałe był drugi i trzeci strzał, czyli kolejno „Nothing’s Shocking” i „Ritual de lo Habitual”: do dziś nikt nie wpadł na to, dlaczego mieszając tak w sumie oczywiste składniki jak funk, rock, ledzepowy hardrock i psychodela to tak unikalnie żre. Magia. I szok, zdecydowanie.
Tak było w szalonych latach ’87-’90. Bo wydany w 2003 roku comebackowy „Strays” niemal każe mówić o innym zespole. Jasne, po 13 latach każdy ma prawo się zmienić, ale… tu naprawdę wszystko jest inne. Od składu (wiecznie niezdecydowanego co do grania w zespole Avery’ego zastąpił Chris Chaney, terminujący wcześniej m.in. u Alanis Morissette), poprzez wizerunek, na muzyce kończąc. Wystarczy zresztą zobaczyć okładkę – to już nie chodzi o to, że nijak ma się ona do frontów poprzednich albumów, tyle kontrowersyjnych co genialnych. Czterech zadbanych rockmanów w fajnych ciuchach… Ej, poważnie? Przecież nawet Bon Jovi czegoś takiego by nie dała na swój album.
Problem w tym, że ta okładka całkiem nieźle koresponduje z muzyką zawartą na albumie. To jest produkcja w pełni rockowa. Kierowana do tych, którzy od płyty z muzyką rockową oczekują by było w miarę melodyjnie, ale jednocześnie „z powerem”, by natężenie solówek było odpowiednie, a wszystko brzmiało jak należy, zwłaszcza na audiofilskim sprzęcie. Tylko ballad brakuje, choć za takową w sumie może robić „Everybody’s Friend”.
Nie można zarzucić tej płycie, że nic na niej się nie dzieje. „Price I Pay” ma świetne skoki dynamiki. We „Wrong Girl” najbardziej słychać, skąd w latach 90tych Navarro wziął się w składzie RHCP. W „Hypersonic” słyszalne są echa solowych poszukiwań Farrella w świecie elektroniki. Kapitalne są „Suffer Some” z mięsistymi zwrotkami i podniosły (pod koniec aż za bardzo) „To Match The Sun” zamykający płytę (w ogóle druga część płyty wypada znacznie ciekawiej). Słucha sie tego mile… ale JA nie ma się słuchać mile, tylko ze szczęką u podłogi. Zwłaszcza jeśli czeka się na płytę prawie półtorej dekady.
Rację miał zwolniony w trakcie sesji Martyn LeNoble (ex-Porno For Pyros), że Bob Ezrin, który ma na koncie takie klasyki jak „The Wall”, jako producent „Strays” nie do końca skumał ideę muzyki Jane’s Addiction. W efekcie powstała przyzwoita rockowa płyta. Spoko, tyle tylko że JA to coś więcej niż rockowa kapela, a jej dotychczasowa dyskografia też była więcej niż przyzwoita. I tu tkwi tzw. pies pogrzebany.
najlepszy moment: TO MATCH THE SUN
ocena: 7,5/10