rageman.pl
Muzyka

Yellow Umbrella

gdzie: Ucho, Gdynia

kto: Yellow Umbrella, Paprika Korps, Majestic

 

3 zespoły. Grające różnie, choć można znaleźć jeden wspólny pierwiastek — muzykę, którą grali, da się określić przymiotnikiem „radosna”.

Choć gdyby bawić się w szufladkowanie, to zamiast epitetów wystarczyłoby użyć określenia ska/reggae. Ale jak to oschle brzmi. Ale przejdźmy do konkretów.

Godzina 20.00, jesteśmy punktualnie, czyli o 20.00. Ale wiadomo, że w przypadku koncertów punktualność nie popłaca, więc trzeba było sobie jeszcze poczekać do 20.50. Wtedy to na scenie ulokował się i rozpoczął seryjną produkcję skocznych melodii nasz dobry znajomy z Gdańska, czyli zespół Majestic.

Niesamowite jak szybkie postępy robi ten zespół. Ciężko oceniać muzykę ludzi, których się zna osobiście, jeszcze wyjdę może na podlizusa, ale nie komplementować się po prostu nie da. Gdy widzieliśmy się rok temu (konkretnie listopad 2004 — zapraszam do archiwum), w Undergroundzie, to był zespół z potencjałem, acz jeszcze momentami raził amatorszczyzną. Tutaj już o amatorszczyźnie mowy być nie mogło.

Niesamowite postępy DreDa na perkusji. Również druga partia sekcji rytmicznej, czyli bas, bez zarzutu. Nigdy nic nie zarzucałem gitarze Artura i tym razem nie będzie inaczej. Czasem tylko szkoda, że momentami gitara sprowadza się do roli ozdobnika. Krzyczymy chóralnie: więcej gitary!

Zmiany nastąpiły również w samym składzie muzyków. A konkretniej: mamy teraz konkretną sekcję dętą. Czyli nie tylko trąbka pana wokalisty, ale też puzon i saksofon. I tutaj również zmiany te można ocenić tylko na plus.

Co do pana wokalisty — wciąż przekonuję się do jego barwy głosu. Idzie ku lepszemu. Jednego zaś nie mogę mu odmówić — niesamowitego łba do linii melodycznych. Trzeba jasno i wyraźnie to powiedzieć — każdy numer Majesticów to potencjalny przebój („I Want”!!!!!). Mam nadzieję, że włodarze w wytwórniach pójdą po rozum do głowy i stwierdzą, że przebój niekoniecznie musi być w rytmie hiphop/pop/disco. Szkoda byłoby zmarnować taki komercyjny potencjał, jakim został obdarzony Majestic.

I nawet jeśli na występie Majestica nie było jeszcze wielu ludzi, to kontakt z publiką można określić jako pełen sukces. Mam nadzieję, że oficjalna płyta to już kwestia czasu.

Po około czterdziestominutowym występie Majesticów przyszedł czas na przerwę techniczną, a równo godzinę po rozpoczęciu występu przez Majestic zaczął się koncert polskiej gwiazdy tego wieczora — Paprika Korps.

Przyznam, że to był mój pierwszy koncert tego zespołu. Debiut uważam za udany. Choć podejście do materii zwanej reggae zupełnie inne od Majesticów. Przede wszystkim klimat i trans. Niepozbawiony pierwiastków rockowych. Bo poza sekcją rytmiczną mieliśmy dwie gitary i klawisze (klawiszowiec był również głównym wokalistą). A jak wiadomo — co dwie gitary, to nie jedna. Pofolgować można.

A skoro już wspomniałem o wokaliście… głos ciekawy, acz niewyeksponowany raczej, sprowadzony do roli kolejnego instrumentu. Przynajmniej takie wrażenie odniosłem. W jednym z numerów gościnnie pojawiła się sekcja dęta Yellow Umbrella i trzeba przyznać, że Paprika Korps z dęciakami brzmi również nad wyraz przyzwoicie.

Tyle muzyka. A sam koncert, jako prezentacja muzyki publiczności, jak najbardziej udany. Dość powiedzieć, że publiki pod sceną było więcej niż na samym Yellow Umbrella… choć można tu bardziej mówić o niesprawiedliwości publiki wobec gości z Niemiec niż wobec Paprika Korps. Bo ci drudzy na taką reakcję publiczności w pełni zasłużyli.

A może znowu wszystko się rozbiło o konieczność zdążenia na SKM? W każdym bądź razie gdy Yellow Umbrella rozpoczęło występ, pod sceną trochę opustoszało. Na szczęście nie na tyle, by mówić o klapie frekwencyjnej czy coś.

Jeśli w przypadku poprzednich zespołów używaliśmy słowa reggae, to sposób Niemców z YU na „utanecznienie” koncertu był zgoła inny. Bo jak dla mnie było to ska pełną gębą. A czym ska stoi, każdy wie.

W składzie, poza sekcją rytmiczną i gitarzystą, była jeszcze trzyosobowa sekcja dęta i pan wokalista operujący również klawiszami. I choć zwykle bywa, że to właśnie śpiewający pan skupia na sobie główną uwagę, tym razem oczy wszystkich były skierowane ku sekcji dętej. Zapewne w przypadku wielu dziewczyn ze względu na przystojniaka z puzonem (elegancik pod krawatem, no ale w końcu ska przyzwyczaiło nas do takich widoków). Ale obaj panowie saksofoniści nie pozostawali w tyle.

Właściwie tylko raz gitarzysta miał swoje pięć minut z publiką, gdy trzasnął stylową solówkę. Wokalizy zaś były jak najbardziej poprawne, acz nie można mówić o geniuszu wokalnym. Zresztą, kto by takich wymagał w takiej muzyce…

A więc było tanecznie, wesoło, pełna radość z obcowania z muzyką. No i dosyć konkretnie, jeśli chodzi o wymiar czasowy. Bo choć przed 1.00 w nocy wyszli na bisy, to nie zapowiadało się, by szybko je skończyli. A że nie widziało mi się czekać dwóch godzin na SKM, to podążyłem na tę o 1.25. Z poczuciem pełnego spełnienia. To tak najkrócej reasumując wrażenia po koncercie.

najlepszy moment: YELLOW UMBRELLA – RISE & FALL

ocena: 7/10