Broken Flowers
reżyseria: Jim Jarmusch
Nowy Jim Jarmusch, tytuł „Broken Flowers”. A oto streszczonko. Jest sobie koleś, grany przez Billa Murraya, o nazwisku Don Johnston. (Swoją drogą — wszyscy zachwycają się Davidem Hasselhoffem zapominając, że Don Johnson to również przeziom!). Przez postawę życiową, a przy okazji przez imię własne, przylgnęła do niego xywa Don Juan. Pierwsza scena — widzimy jak naszego głównego bohatera opuszcza kolejna kobieta (Julie Delpy). Tego samego dnia dostaje anonimowy list, z którego dowiaduje się, że ma 19-letniego syna. Po pomoc udaje się do swojego zakręconego na punkcie Etiopii i zagadek detektywistycznych sąsiada Winstona. Ten postanawia zaaranżować Johnstonowi wyprawę, której celem będzie odwiedzenie wszystkich potencjalnych matek i sprawdzenie czy miały coś wspólnego z listem.
Czyli co, motyw podróży? Tak, ale to właściwie sama treść nie jest arcyoryginalna. Ale Jarmusch to osobnik, na którym można polegać. Dlatego jest czym się w tym filmie zachwycać.
Przede wszystkim galeria osobistości, idealnie odegranych. Jeffrey „Basquiat” Wright jako Winston — konkretna dawka humoru. Cztery kochanki z przeszłości, jedna ciekawsza od drugiej, każda diametralnie inna, wprowadzająca specyficzne klimaty. Komediowo u Laury (Sharon Stone), zwłaszcza dzięki jej córce o w pełni zasłużonym imieniu Lolita. Krępująco i niepokojąco u Dory. Tajemniczo-pesymistycznie u Carmen (Jessica Lange, ale zwraca też uwagę Chloë Sevigny jako asystentka w gabinecie Carmen). Brutalnie u Penny (Tilda Swinton).
Wszystkie te epizody świetne. Kolacja u Dory, podczas której nawet widz może poczuć tę atmosferę skrępowania i niepokoju — mistrzowskie operowanie ciszą, mistrzowskie dialogi odsłaniające cały bezsens takich sytuacji.
Ale wiadomo, że ten film to miał być Bill Murray, którego formę trzeba wykorzystywać. I nawet jeśli Johnston jest podobny do bohatera „Między słowami”, to w sumie co z tego? Murray jest jednym z nielicznych aktorów (choć to też zasługa dobrego obsadzenia w roli), którego oglądając na ekranie ani przez chwilę nie myślisz o tym, że to Bill Murray. Tym razem jest podobnie — Murray nie gra Johnstona, on JEST Johnstonem. Jeśli nie za „Między słowami”, to już za tę rolę Oscar się należy.
Co jeszcze? Forma. Choć to akurat nic nowego. Ktoś, kto widział wcześniejsze filmy Jarmuscha wie, że będzie specyficznie. I rzeczywiście. I chociaż muzyka, jaka się pojawia, jest genialna (oczywiście Jarmusch znowu ponad konkurencją — zamiast Williamsów, Zimmerów czy rapowych lub nu-metalowych hitów mamy np. muzykę z Etiopii), to większość akcji dzieje się w niemal absolutnej ciszy. Wtedy nic nie rozprasza i możemy się skupić na tym, co bohater mówi, ale też co wyraża mimika twarzy. Chociaż to ryzykowne rozwiązanie i niewprawionego w boju widza zwyczajnie znudzi. Ale dla całej reszty — uczta dla oka.
Może to nie jest film, który będzie w przyszłości wymieniany jako jedno z najlepszych dzieł Jarmuscha. Aczkolwiek w dalszej kolejności powinna paść nazwa tego filmu. I co jest oczywiste — ciut gorszy film Jarmuscha to wciąż arcydzieło, jeśli chodzi o to co generalnie proponuje obecnie kino. Za takie filmy, w których reżyser chce przekazać widzowi jakąś prawdę, powinno się obecnie twórców całować po stopach i obgryzać im paznokcie z wdzięczności.
najlepszy moment: NIE MA SCENEK NA JUTUBIE, JEST TRAILER
ocena: 7/10
