rageman.pl
Film

Komornik

rok: 2005

reżyseria: Feliks Falk

 

Można z dumą ogłosić — idzie ku lepszemu, jeśli chodzi o sytuację polskiego kina. Choć wciąż panują reżyserzy starszego pokolenia, którzy najchętniej albo ekranizowaliby lektury, albo tworzyli pseudoartystyczne knoty, które tylko oni byliby w stanie zrozumieć. Ale już nadchodzi nowe.

Choć reżyser omawianego filmu, Feliks Falk, niewątpliwie należy do tego pokolenia, to jednak udała mu się rzecz niebywała. Za pomocą wszystkich najlepszych środków wyrazu charakterystycznych dla kina moralnego niepokoju opowiedzieć historię współczesną. A jednocześnie wykorzystać młodych, utalentowanych twórców do stworzenia obrazów, dynamiki i dialogów tak, by rzecz była strawna również dla młodszego pokolenia.

A oto historia.

Zadupie na Śląsku. Lucjan Bohme, komornik. Perfekcjonista w swoim fachu. Największa skuteczność w regionie. Egzekwowanie prawa na pierwszym miejscu. I tu rodzi się problem. Bo komornik to taka specyficzna fucha, gdzie skuteczność kłóci się trochę z zasadami moralnymi. Bo co zrobić w sytuacji, gdy „ofiara” jest rodziną żyjącą na skraju nędzy? Choć akurat Lucjan z tym problemu nie ma — dla niego obowiązek zawodowy to rzecz najważniejsza i już. Zero skrupułów.

A jednak w pewnym momencie, za sprawą tragicznego wydarzenia, którego pośrednio jest sprawcą, dokonuje się w nim przemiana. Postanawia być po prostu dobrym. Ale czy już nie za późno?

Pomysł na film kapitalny. Taki temat jak zawód komornika aż się prosił o jakąś rzecz fabularną. A jednak film nie traktuje o ciężkim żywocie komorników. Niejako dzieli się na dwie części, których spoiwem jest opamiętanie się Lucjana.

W pierwszej obserwujemy mniejsze i większe skurwysyństwa w wykonaniu Lucjana B. A jednak jest coś, co sprawia, że ta postać nie wywołuje nienawiści. Ta niezłomność Lucjana w słuszność swego postępowania, nieustępliwa wiara w prawo ustanowione przez państwo sprawia, że tolerujemy jego postępowanie, modląc się w duchu, by nigdy kogoś podobnego nie spotkać.

Jednocześnie wątek piłkarza daje nam do zrozumienia, że wydarzy się coś złego. I tak też się dzieje. I tu historia wjeżdża na inny tor. Śledzimy desperacką próbę czynienia dobra przez człowieka, który zdaje sobie sprawę, że jest nikim — nie ma miłości, nie ma przyjaciół, jego osoba wywołuje jedynie strach i obrzydzenie. Ale czy nie jest za późno na przemianę? Czy ktokolwiek jest mu w stanie uwierzyć?

W sumie dosyć to klasyczny przykład niemal tragedii antycznej, gdy bohater jest w sytuacji bez wyjścia. Doprowadzony na skraj chujowości, gdzie krok dzieli od samobója jako jedynego widocznego wyjścia z sytuacji. A że to, co wymyślono w antyku, nigdy się nie znudzi, dlatego też i tę historię ogląda się znakomicie.

O świetnych dialogach wspomniałem. O dynamicznym montażu również. Zdjęcia ukazujące brzydotę Śląska idealnie służą budowaniu nastroju. Inna sprawa, że Śląsk jako miejsce, gdzie transformacja ustrojowa dała mieszkańcom najbardziej w kość, idealnie nadawał się na umiejscowienie tam akcji. Muzyka również dynamiczna, lekko gitarowa, wpadająca w ucho, choć bez jakiegoś wyrazistego motywu przewodniego.

No i co najważniejsze — aktorstwo.

Jan Frycz, Kinga Preis czy Małgorzata Kożuchowska robią co w ich mocy, ale wiadomo było, że będzie to teatr jednego aktora. W końcu tytułowy Komornik, czyli Lucjan, jest niemal w każdym ujęciu tego filmu i każdej klatce. Trzeba było naprawdę dobrego aktora do udźwignięcia tej roli. Padło na Andrzeja Chyrę.

Ocena? Jest wyśmienicie. Momentami przerażająco — tak jak przerażającym powinien być komornik. A po przemianie — współczująco. A jednak wzbraniam się troszkę przed wystawieniem oceny celującej. Może pamięć o „Długu” za wysoko postawiła poprzeczkę? Niemniej dalej jest to oscarowa rola. Choć jeśli za ten film Chyra dostałby Oscara (pomarzyć można…), to za „Dług” powinien dostać trzy Oscary, a za „Symetrię” dwa. Muszę jeszcze chyba tę rolę przemyśleć.

Sam film jest określany jako polski kandydat do Oscara. Chyba nic lepszego nie było ostatnio w polskim kinie, więc myślę, że to dobry wybór. Ale nawet gdyby miarą były inne filmy nominowane do Oscarów, to wcale nie mamy się czego wstydzić.

 

najlepszy moment: NA ZACHĘTĘ

ocena: 7/10