Wynton Marsalis – With Art Blakey’s Jazz Messengers. Vol. 2. My Ideal
rok wydania: 1992
wydawca: SPA
okej, koniec z fusionowymi grajkami. czas na prawdziwie oldskulowy, postbopowy jazz. czas wprowadzic nowego gracza do gry. Wynton Marsalis.
w sumie dosyc ciekawa sprawa z tym pochodzacym z wybitnie muzykalnej rodziny trebaczem (wszak zarowno brat – Branford – jak i ojciec Ellis to takze solidne marki jazzowe). bedac niewatpliwie wazna postacia sceny jazzowej zadaje jednoczesnie klam twierdzeniu ukutym przez nas jakis czas temu, ze wszyscy najwazniejsi muzycy tej sceny predzej czy pozniej krzyzowali muzyczne drogi z Milesem Davisem. Wynton nie tylko nie wspolpracowal z Milesem (co da sie latwo zrozumiec – wszak gdzie trabek szesc tam nie ma co jesc), ale mial wrecz z nim odwieczny beef, z apogeum w postaci koncertu w ’86, podczas ktoremu Davis kazal Wyntonowi doslownie spierdalac ze sceny po tym, jak ten drugi nieoczekiwanie przerwal Milesowi wystep. niby w jazzie jako gatunku elitarnym niby nie powinno byc miejsca na takie akcje, ale jak widzicie i tu temperament czasem bierze gore. zreszta osob psioczacych na Marsalisa jest znacznie wiecej – i to zarowno wsrod krytykow muzycznych, jak i muzykow (m.in. Clarke, Jarrett, Lester Bowie).
a przeciez Marsalis to nie zaden Kenny G. i chyba kazdy rozeznany w temacie musi w koncu przyznac racje, ze krytyka tego trebacza wynika bardziej z jego bezkompromisowej, mlodzienczo bunczucznej postawy wobec sceny jazzowej anizeli samej muzyki. no chyba ze ktos naprawde slyszac ktorykolwiek z jego albumow dostrzeze ten „slynny” Marsalisowy przerost formy nad trescia, wrecz muzyczna pustke. sorry, ja nie dostrzegam.
omawiane dzis wydawnictwo mozna spokojnie traktowac jako wyjatkowe. primo – wypuszczone ono zostalo w ramach belgijskiej bodajze serii „jazz hour with”, ktora nie dosc ze obecnie ciezko nabyc, to i bywaja nieuwzgledniane w dyskografii artystow bioracych w niej udzial (Marsalis tego przykladem). secundo – jest to rejestracja koncertu z ’80 roku, wiec u zdecydowanego poczatku kariery Marsalisa. w tym kontekscie *raczej* dobrze powinno swiadczyc o nim to, ze w tym wieku (19 lat!!) nawiazal wspolprace z legendarna ekipa Jazz Messengers. i to jako pierwszoplanowa postac tej kolaboracji!
co zas sie tyczy samego koncertu… zaczynamy od pieknej wersji szlagieru „My Funny Valentine”. i choc, jak wspomnielismy, najwazniejszy tu jest Marsalis, to kazdy z muzykow ma swe pare minut, i to w obrebie kazdego z 8 utworow. w „Jodi” autorstwa Marsalisa dochodzi zas do historycznego ficzuringu – za pianem siada sam pan Ellis Marsalis.
porzadny jazzowy koncert. plus punkty za, jakby nie bylo, aspekt historyczny.
najlepszy moment: BLAKEY’S THEME
ocena: 7,5/10