rageman.pl
Muzyka

Wynton Marsalis – Hot House Flowers

rok wydania: 1984

wydawca: CBS

 

witajcie dzieciaczki. kontynuujemy watek Marsalisa Wyntona.

w wieku 23 lat chlopak ten nagral juz ktorys-z-kolei swoj solowy album. i to jeszcze dla korporacji Sony.

i jest to kolejny album, ktory moim zdaniem potwierdza bezsensownosc zarzutow stawianych temu jazzmanowi. zwlaszcza jesli mowa o dwoch kwestiach, ktorych problematyke „HHF” najbardziej uwidacznia.

po pierwsze i najwazniejsze – stylistyka. za sprawa takich albumow jak dzis omawiany mowilo sie o Marsalisie jako o muzyku, dla ktorego czas zatrzymal sie w latach 60tych. fakt – ten album predzej moglby konkurowac z „Kind Of Blue” niz tym, co Davis nagrywal w przedostatniej dekadzie swego zycia. a w kontekscie tego, ze nawet jazz zachlysnal sie ejtisowo pojmowana nowoczesnoscia (zwlaszcza w kwestii produkcji nagran), Marsalis ze swa muzyka mogl sprawiac wrazenie nie tyle konserwatysty, co wrecz ignoranta. ktory, zarzucajac Davisowi przerzucenie sie na rock, siegal po inspiracje ze zgola przeciwleglego bieguna muzycznego – mianowicie z muzyki klasycznej. na „HHF” uwidaczniaja sie one w partiach orkiestralnych, praktycznie obecne w kazdej z osmiu kompozycji. oczywiscie nie kazdemu taki pomysl na muzyke, jaki ma Marsalis, musi odpowiadac – wszak jest mnostwo mozliwosci na granie jazzu, nie tylko poprzez zenienie go z rockiem, funkiem badz orkiestra. ale jesli porownac dokonania Marsalisa z chocby wspomnianego Davisa, to ja akurat nie mam watpliwosci, kto w latach 80tych prezentowal sie lepiej.

do Marsalisa, takz eza sprawa „HHF”, przylgnela tez lata muzyka zerujacego na dokonaniach innych, „coverowicza”. w kontekscie praw i „zwyczajow” panujacych w jazzie – kolejna bzdura. zwlaszcza jesli, znow, porownac do dokonan jego oponentow. w jazzie popelniono tyle jalowych kompozycji, na dodatek pograzonych brzmieniem lat 80tych, ze podejscie Marsalisa co do pisania wlasnych utworow mozna mu przypisac na plus. a ze akurat potrafi on tworzyc wlasne rzeczy przekonuje na „HHF” calkiem strawny (i spojny z pozostalymi na albumie) track tytulowy. jesli ktos chcialby przywolac (w sumie dosyc bzdurny w kontekscie jazzowego genre) aspekt koniunkturalizmu, to tez jest to strzal w plot. nic raczej nie przebije wziecia na warsztat piosenki najpopularniejszego artysty XX wieku, jakim byl Michael Jackson, co nie?

obcujemy tutaj zatem z jak najbardziej udana pozycja z jazzowego katalogu. 41 nie dluzacych sie minut interpretacji takich klasykow jak Ellington czy Coots. w wykonaniu, poza wspomniana orkiestra i Marsalisa oczywiscie, przez takich muzykow jak Ron Carter (bass), Kenny Kirkland (piano) czy brat Wyntona – Branford. klasa muzykow jest bezdyskusyjna, a jednak wszystko jest podporzadkowane kompozycjom, ewentualnie trabce Marsalisa – bardziej „spiewnej” zreszta, niz popisujacej sie. a ze slucha sie tego wszystkiego z easylisteningowa przyjemnoscia? daj pan spokoj.

 

najlepszy moment: MELANCHOLIA

ocena: 7,5/10

Leave a Reply