Warm & Scratchy
rok wydania: 2007
wydawca: Williams Street
dalej gramy indi srindi.
przyznam ze nie za duzo mowi mi nazwa Adult Swim. i szczerze mowiac niespecjalnie chce mi sie wnikac ponad to, ze jest to chyba jakis kanal telewizyjny amerykanski. nas interesuje jeden aspekt ich dzialalnosci – czyli wydawanie skladanek w kolaboracji z netlabelami, przewaznie darmowych. „Warm & Stratchy” to jedna z nich.
trzeba przyznac, ze jak na darmowy projekt to calkiem niezle i tez wcale nie takie undergroundowe nazwy sie tu zebraly. z tego tez powodu wnikac za bardzo w te 14 utworow nie ma sensu – przypuszczam ze kazdy muzyczny geek ma rowniez ten zbior w swojej kolekcji, jak zreszta wszystko co opatulone latka „indie”. a co z niezrzeszonymi? tez moga sie zalapac, a moze dzieki i tej skladance nawiazac flirt z subkultura blogowania, pitchforkowania, RYMowania i Porcysowania.
z malymi zastrzezeniami: nie zwracajcie uwagi na utwory dwoch kapel, na ktore przy okazji tej plyty najbardziej liczylem i chyba tez najbardziej sie zawiodlem. mowa o TV On The Radio i The Rapture. ci pierwsi w otwierajacym calosc „Me-I” osiagaja taki stopien What-the-fuck?’owatosci, ze nie do konca jednak jestem w stanie go ogarnac (pierwsze, niemal klasyczne skojarzenie – „Bugs” PJ). ich ziomble ze stanu Nowy York – The Rapture – tez mieli w repertuarze lepsze kawalki niz „Crimson Red”, choc milo sie tu slucha nieodzalowanego Matta Safera.
z reszta trackow wszystko w porzadku. Fennesz w „Winter” tworzy konstrukcje dzwiekowa nie ogarnialna dla zwyklych smiertelnikow, The Raveonettes w „Dead Sound” po raz kolejny probuja udowodnic (z niezlym skutkiem), ze na podklady wziete od Velvet Underground i Jesus And Mary Chain mozna nalozyc ultrapopowe wokale, a „The Bunting Song”, nawet w akustycznej wersji nie zaciera wrazenia, ze projekt The Good The Bad And The Queen lokowal sie ponizej poziomu, do jakiego nas przyzwyczail Damon Albarn (rowniez uwzgledniajac Gorillaz). choc osobiscie ja upatruje faworytow tej skladanki gdzie indziej. przede wszystkim w podkreconym elektronicznie remixie „Silver (Original Beats)” Jesu, kawalku takim ze O JEZU (haha, powinienem copywriterem zostac). a takze innych, bardziej halasliwych niz uspokajajacych zalogach: Les Savy Fav („The Equestrian” – ale zwrotki!), Amusement Parks Of Fire oraz Asobi Seksu. ogolnie to koncowka tej kolekcji rzadzi, bo Liarsi w „Sunset Rodeo” tez poziomu nie obnizaja.
korzystajcie i ssijcie.
najlepszy moment: JESU – SILVER (ORIGINAL BEATS)
ocena: 7,5/10