rageman.pl
Muzyka

War Child Heroes

rok wydania: 2009

wydawca: Parlophone

 

okej, czas pomowic znow o jakiejs konkretnej Muzyce.

album dzis omawiany jest szczegolny. i nie chodzi tylko o szczytny cel wydawnictwa – zreszta mam spore watpliwosci, czy jakakolwiek czesc moich pieniedzy przeznaczonych na zakup albumu trafi na konto War Child. zwlaszcza jesli nabylem go na wyprzedazy…

niewazne. chodzi o cos innego. zgodnie z jednym z naczelnych hasel organizacji War Child, postanowiono poprosic 15 legendarnych wykonawcow, by wybrali ulubiony utwor ze swojego repertuaru i powierzyli jego scoverowanie rowniez wybranemu przez siebie artyscie mlodego pokolenia. czyli cos jak namaszczenie na nastepce (zwlaszcza ze czesc tych legendarnych wykonawcow pozostaje od dawien dawna nieaktywna). idea pyszna, rezultat jeszcze lepszy.

War Child to organizacja brytyjska (choc oddzialy ma takze w innych czesciach swiata), wiec muzycznie tez jest tu dosc brytyjsko. ale w tym przypadku brytyjskosc oznacza wysmakowanie muzyczne, a nie zbiorowisko indie 2.0 wynalazkow. mowimy tu o wykonawcaw, ktorzy takze „poza sezonem” moga liczyc na 5 gwiazdek w NME. bo sa nie tylko aktualnie topowi pod wzgledem komercyjnym, ale i artystycznym. oczywiscie mowie tu o tej mlodej generacji. jakosci starszakow kwestionowac nawet nie mozna.

wprawdzie w opisie plyty w ksiazeczce nie ma nic o wspomnianym przeze mnie namaszczeniu, jednak patrzac na trackliste trudno nie dostrzec, jak genialnie dobrani sa ci wykonawcy. genialnie, choc wcale nie w sposob oczywisty. bo przypuszczam, ze powszechnie to predzej Interpol badz Editors sa typowani na nastepcow Joy Division anizeli taneczny Hot Chip. tymczasem to ci ostatni dostapili zaszczytu zinterpretowania „Transmission”. „Search and destroy” byl coverowany przez rozmaite punkowe zalogi, tymczasem sam Iggy Pop, jak sie okazalo, widzi swa nastepczynie w electroclashowej Peaches (choc biorac pod uwage ich wczesniejsze kolaboracje, moze jednak ten wybor nie jest az tak zaskakujacy). trudno sie nie zgodzic co do slusznosci innych typowan – rzeczywiscie Franz Ferdinand mozna uznac za Blondie na nowe czasy (genialny juz w oryginale „Call Me”), a wyrafinowanie TV On The Radio za odpowiednik tego, co przez ostatnich pare dekad reprezentowal soba David Bowie.

zlosliwi mogliby powiedziec („Andrzej B. to te thread”), ze w niektorzy przypadkach mogly zadecydowac powiazania nie tylko muzyczne. tyle ze Becka Hansena laczy z Bobem Dylanem nie tylko pochodzenie zydowskie, ale i nowatorstwo oraz eklektyzm godny Najwiekszych. a jesli chodzi o corke chrzestna Joe Strummera, czyli Lily Allen, ktora rzeczywiscie trudno uznac za kontynuatorke idei The Clash (choc jeszcze nic straconego, wszystko przed nia)… coz, wystarczy powiedziec, ze jej wersja „Straight To Hell” jest najlepszym wykonaniem na tej i tak poteznej jakosciowo plycie, autentycznie wzruszajacym (choc przeciez juz oryginal mial taka Moc). przypomniala mi sie wersja Heather Novy z tributu dla The Clash sprzed lat, nie ma porownania… warto odnotowac, ze w tej interpretacji pomagal sam Mick Jones. piekny hold. a jesli mowa o nowych zenskich gwiazdkach wokalistyki – zarowno Duffy, jak i Estelle radza sobie z kolejno „Live And Let Die” i „Superstitions”, nawet jesli rzeczywiscie ciezko wyobrazic sobie, by mogly kiedys osiagnac choc cwierc tego, co Paul McCartney czy Stevie Wonder.

malo pisalem o samej muzyce, chociaz co tu duzo pisac – wszystkie covery bez wyjatku brzmia tak, jakby byly pisane pod ich wykonawcow, a jednoczesnie czuc szacunek i magie oryginalow. jeden z najlepszych cover albumow jakie slyszalem.

 

najlepszy moment: LILY ALLEN – STRAIGHT TO HELL (feat. Mick Jones)

ocena: 8,5/10

Leave a Reply