Soundgarden – Badmotorfinger
rok wydania: 1991
wydawca: A&M
„ile bym dal, aby ta nedzna podroba Alice In Chains podroujaca po swiecie przepadla w piekielnych czelusciach i zamiast tego powrocil Soundgarden z wszystkimi, wciaz zyjacymi czlonkami.” tak pisalem w recenzji „Down On The Upside” na tym blogu, a bylo to w marcu ’09. pierwsza czesc zyczenia sie nie zrealizowala, za to druga jak najbardziej! i jak na razie od czasu reaktywacji na poczatku ubieglego roku Soundgardenowe sprawy maja sie calkiem niezle – sa koncerty (choc niestety tylko w USA i jednak dosc nieliczne), jest kolejny best of, niedlugo ukaze sie koncertowka, a co najwazniejsze – w planach jest i regularny album. ja tam sie ciesze, choc najlepiej byloby zweryfikowac to nowe wydanie legendy seattle na koncercie w polszy… moze Open’er?
w kazdym badz razie warto byloby znow pomowic o dyskografii tej kapeli. dzis wezmy na tapete „Badmotorfinger”. pod wzgledem komercyjnym jeszcze nie przelomowy (trzeba bedzie sie wstrzymac do nastepnego krazka), pod artystycznym juz zdecydowanie tak. tak sie sklada, ze wsrod osob gleboko siedzacych w ciezszych odmianach rocka, a w szczegolnosci wsrod tych ktorzy takowego rocka graja, „Badmotorfinger” uchodzi za opus magnum Cornella i spolki. „stary, ogarnij te pojebane podzialy rytmiczne, zmieniajace sie w obrebie jednego tracka, skumaj co wyczynia Thayil na gitarze, jak to wszystko gniecie, wwierca sie w banie”. no ogarniam, no kumam. i choc uwielbiam ten krazek, na szczycie hierarchii wydawnictw tego kwartetu nie ustawie.
ah, gdyby cala plyta byla jak pierwsze 4 numery… „Rusty Cage” z kapitalna, pedzaca gitara, za ktora goni niezrownowazona psychicznie partia perkusji, ktorej w pewnym momencie na drodze staje black sabbathowy mostek. mowi sie ze Cornell jest sredniawym teksciarzem, a jednak Cash interpretujac ten kawalek na swojej plycie dostrzegl w nim cos, czego recenzenci dostrzec nie potrafili. „Outshined” – jeszcze bardziej przebojowy, z jednoczesnie bujajacym i przygniatajacym riffem (mi sie kojarzacy z Alice In Chains, ale i tak wiadomo ze niemal wszyscy w Seattle czerpali z Iommi’owego zrodla), z juz usankcjonowanym jako powszechnie uzywanym zwrotem „looking california, feeling minnesotta”. „Slaves And Bulldozers”, muzycznie jeszcze ciezszy niz tytul, grunge w fazie najglebszej depresji. no i przede wszystkim „Jesus Christ Pose”. byc moze najlepszy, esensjonalny kawalek muzyki grunge. dajcie mi troche czasu, musze to przemyslec. anyway, choc uwielbiam oficjalny teledysk do tego walka, to jednak sama muzyka wywoluje w mojej glowie obraz jakiegos poczatku nalotu wojskowego, ladujacych helikopterow (to chyba przez ta gitare), wojennego armageddonu. TAK DOBRY JEST TO KAWALEK. no i tekst – tez klasyk jednak, wciaz aktualny.
no i jest jeszcze pozostale osiem kawalkow… tez swietnych – pod wzgledem brzmieniowym, aranzacyjnym (te deciaki poupychane tu i owdzie to kosmos), instrumentalnym, „czadowym”. tylko nie zawsze pod jak dla mnie najwazniejszym na dzien dzisiejszy wzgledem – melodycznym. czasem bywa najprawde przyzwoicie – „Somewhere” potwierdza, ze dokoptowania Bena Shepherda (autora kompozycji, nie tylko tej jednej zreszta) bylo zbawiennym pomyslem, zblizajacym ich do songwriterskiego Olimpu, dla mnie rownoznacznego z Olimpem Muzyki w ogole. „Room A Thousend Years Wide”, najstarszy tu kawalek (ukazal sie na singlu rok przed premiera „B.”) ma niesamowity feeling, dzieki ktoremu czlowiek marzy tylko o cofnieciu sie te 20 lat wstecz. niestety, bywa tez i banalnie (niby punkowy „Face Pollution”), jak i tez zbyt przyciezkawo (nie ukrywam, nie zawsze jestem w stanie przebrnac przez zamykajacy stawke „New Damage”, zwlaszcza jesli slucham plyty od poczatku).
moze to kwestia dojrzalosci, moze kiedys Badmotorfinger uznam Najlepszym Albumem W Dziejach Muzyki. niewykluczone. na dzien dzisiejszy, a chyba i jutrzejszy tez, nie wyobrazam sobie postawic go nad „Superunknown” czy „Down On The Upside”.
najlepszy moment: JESUS CHRIST POSE
ocena: 8/10