Waglewski Fisz Emade – Matka, Syn, Bóg
wydawca: Agora
Dziwne rzeczy dzieją się ostatnio w polskim rapie. Tede sampluje Sabaton, Peja wydaje w swoim labelu metalowe zespoły, a Hans odnajduje drugie artystyczne życie jako wokalista Luxtorpedy. Ciężko orzec, czy ten flirt z muzyką gitarową to świadectwo ich wszechstronności czy smutny dowód na to, że od jarzma rockerki nie ucieknie nawet tak prężnie funkcjonujący, zdawałoby się autonomiczny ruch jak polski hip hop. Pewnie przesadzam – podobne zjawiska dotyczą też Stanów Zjednoczonych, w których ponoć każdy raper marzy o byciu gwiazdą rocka. Warto mieć jednak zjawisko na uwadze, bo być może historia zatoczy koło i znów na szczyty list będą wchodzić kawałki pokroju „Walk This Way”. Lub – gorszy wariant – zespoły rapmetalowe.
Do powyższej wyliczanki można by zaliczyć casus Fisza, gdyby nie to, że jego wkroczenie do świata rocka było niemalże nieuniknione. I nie chodzi nawet o wiadomy rodowód, ale fakt, że autorowi „Polepionego” nigdy nie było w smak trzymanie się rapowych schematów. Już za sprawą „F3” zaskarbił sobie uznanie wychowanków rockowej szkoły, a potem już poszło – Tworzywo Sztuczne, „Męska Muzyka”, no i w końcu Kim Nowak, który można uznać za koniec transformacji. I gdy wydawało się, że ten ostatni projekt w pełni zaspokoi rockowe potrzeby Fisza i Emade, w 2013 postanowili pociągnąć wątek kolaboracji z ich ojcem (dla tych urodzonych wczoraj – Wojciech Waglewski, lider Voo Voo).
Oczywiście pomysł sam w sobie nie budzi przeciwwskazań, a wręcz przeciwnie – z perspektywy czasu uważam „Męską Muzykę” za jeden z bardziej udanych albumów tak w repertuarze juniorów, jak i seniora. Problem w tym, że „Matka, Syn, Bóg” dość blisko moim zdaniem lokuje się „Wilka” Kim Nowak. Takie brzmienie młodym Waglom w duszy gra – ok, niech będzie. Ale artystom o tej renomie chyba nie do końca przystoi tworzyć tak zbliżoną muzykę pod dwiema różnymi banderami. To, że ich odrębność jest niejako konieczna i logiczna niewiele zmienia.
Trochę zaczęliśmy od d*py strony, a przecież to całkiem spoko album, choć z nastroju diametralnie inny od poprzednika. Paradoks polega na tym, iż choć za muzykę niemal w 100 procentach odpowiada starszy Waglewski, prawie w ogóle nie ma tu klimatów, z jakimi lider Voo Voo jest kojarzony. Żadnego chillu, żadnego humoru – chyba że wisielczego. Żadnego „chromolenia” i „majtów”. Nie wiem jak wyglądał proces tworzenia tych 13 kompozycji, ale ma się wrażenie, jakby muzyka była w pełni podporządkowana przekazowi tekstów – a za te w głównej mierze odpowiada Fisz, który wydaje się starzeć kilkunastokrotnie szybciej niż przeciętny człowiek. Nie wiem jak z Wojtkiem Waglewskim bo aż tak dokładnie jego dyskografii nie znam, ale „Syn” i „Bóg” to rzeczywiście novum w repertuarze jego synów – pod tak wolnymi tempami chyba nigdy wcześniej się nie podpisali. Warto odnotować udział w tych oraz kilku innych utworach na płycie wokalny udział Iwony Skwarek z Rebeki, a także skądinąd znanego w ragemańskich kręgach Stefana Wesołowskiego, który rewanżuje się za produkcyjny udział Emade na jego ostatnim albumie „Liebestod”…
A skoro mowa o produkcji Emade – tutaj jak zwykle potwierdził swój geniusz w tej kategorii. Może to brudne, bluesowe brzmienie (dziś już bardziej kojarzone z Black Keys aniżeli The White Stripes) nie pcha rozwoju muzyki ani o milimetr, a i o świeżość już nie ta, ale wciąż urok ma to obłędny. Czy to będzie knajpiane boogie w „Posłuchaj”, czy riffowy walec w „Trupku” lub nowoorleańskie „Ile Jeszcze Życia” – stylowe to jak sam diabeł (zapewne ten sam, co w konszachty z Robertem Johnsonem wszedł). Momentami aż chciałoby się usłyszeć harmonijkę ustną, która tak bajecznie urozmaicała materiał „Męskiej Muzyki”, ale nie ma co narzekać w kwestii aranżacji – poza wspomnianymi smykami Stefana sporo tu fortepianu – w posępnej „Matce” aż ściskającego za gardło.
Stylowy, wysmakowany, acz przede wszystkim posępny to materiał. I choć doceniam niewątpliwie dającą się tu usłyszeć dojrzałość muzyków, tak odrobinę wyżej jednak stawiam „Męską Muzykę” – może momentami daleką od doskonałości, ale jednak bardziej różnorodną. Brzmieniowo, ale co dla mnie najważniejsze jednak – kompozycyjnie.
najlepszy moment: MATKA
ocena: 7,25
