W Imię…
reżyseria: Małgorzata Szumowska
Po krótkiej przerwie kontynuujemy wątek filmowy na tym blogu.
Jak wspomniałem, miałem tę przyjemność pracować przy tegorocznym festiwalu filmowym w Gdyni. W jego ramach odbyło się spotkanie pracowników z dyrektorem artystycznym festiwalu, Michałem Chacińskim. Padła z jego ust refleksja, która na papierze wygląda na demotywującą, ale w praktyce była niezwykle budująca. Bo niezależnie co my jako pracownicy byśmy zrobili, jakich błędów byśmy przy festiwalu nie popełnili, koniec końców najważniejsze są Filmy – a poziom tychże w tym roku był wysoki jak nigdy. Wtedy, tuż przed festiwalem, nie mogłem ustosunkować się do tej wypowiedzi. Na szczęście udało się znaleźć chwilę na sprawdzenie paru filmów i rzeczywiście – znów coś się w polskim kinie dzieje. Choć zabrakło dzieł, które dawałyby jednoznacznie pozytywnego kopa – coś pokroju „Życie jest piękne” Benigniego – to w tej kategorii filmów, nazwijmy to, niewesołych, da się dostrzec naprawdę sporą różnorodność. Są filmy dogłębnie poruszające („Chce się żyć”), wzruszające, intrygujące, niepokojące. Są też i dzieła jednoznacznie Ważne. Z tymże jeden z tych filmów wydaje się na tyle ważny, że ta jego istotność wręcz przygniata. Taki właśnie jest „W Imię…”.
Umówmy się – o homoseksualiźmie w Polsce należy rozmawiać, mury jeszcze nie runęły, skorupa nietolerancji wciąż trzyma się twardo. Jasne, są kraje zachodnie, gdzie rzeczywiście środowiska LGBT mają na tyle mocną pozycję, że będąc jej świadomym wpadają w pułapkę zachłanności, walki już nie o równość, co wyższość wręcz. Ale w Polsce taka sytuacja to wciąż science-fiction – i naprawdę nie trzeba szukać potwierdzenia tej tezy w Polsce B czy C. Z tego powodu jeszcze długie lata nie będzie można mówić o lobby gejowskim w Polsce. A już na pewno nigdy nie zaistnieje coś takiego jak propaganda homoseksualna, a to z prostego powodu, która dla wielu wciąż jest nie do pojęcia – NIE DA SIĘ WYPROMOWAĆ ORIENTACJI SEKSUALNEJ. Nawet jeśli nie da się stuprocentowo zaprzeczyć teorii mówiącej o tym, że z seksualnością się rodzimy, tak jeszcze nie stwierdzono przypadku, by ktoś stał się gejem pod wpływem programu na TVNie. Koniec dyskusji.
Należy więc mówić o homoseksualiźmie jako czymś, co występuje w naturze mniej więcej tyle czasu co opady śniegu w zimie i przesuwanie się lądów i będąca, wbrew pozorom, równie nieszkodliwym zjawiskiem. Nie jestem pewien natomiast, czy należy mówić w taki sposób, jak w „W Imię…”.
Nawet nie chodzi o to, że mieszanie LGBT z Kościołem Katolickim to karkołomny pomysł, który z artystycznego punktu widzenia może być ciekawy, ale dla większej części polskiego społeczeństwa nie do przyjęcia. Nie wierzę w to, by ktoś w naszym kraju zmienił optykę pod wpływem tego filmu. Dla tych, dla których gej w towarzystwie to nie problem pozostaną niewzruszeni, natomiast reszta, utwierdzona w swym homosceptycyźmie czy też homofobii pozostanie niewzruszona, szufladkując film jako kolejny produkt homo-propagandy. Jeśli twórcy filmu przyjmowali za jeden z celów próbę wywołania dyskusji w społeczeństwie to mam pewne obawy o powodzenie tego zamysłu. A nawet jeśli się uda, to nie wiem, czy dysputa pójdzie w tym kierunku, w jakim sobie Szumowska by życzyła.
Większy problem z „W imię..” tkwi jednak w czym innym – ten film jest, przepraszam za lekki kolokwializm, niesamowicie przymulający. Tak, jakby został namalowany trzema kolorami: czarnym, szarym i czarno-szarym. Wiadomo, że daremne byłoby oczekiwać kolorystyki rodem z filmu Almodovara. Ale wystarczy sobie przypomnieć jego „Złe Wychowanie” – także w znacznie poważniejszym tonie, a jednak wciąż intrygującym, poruszającym, dającym do myślenia. „W Imię…” nie daje dużo powodów do rozmyślania, a i tak po seansie odczuwa się ból głowy. Coś na podobieństwo całonocnego seansu z grą typu „Doom” – przymulenie na granicy nudności.
Może gdyby odrobinę skrócić film, zwłaszcza o ewidentnie niepotrzebne fragmenty (np. scena procesji z zupełnie niedobraną muzyką w tle)? Dla równowagi – jest kilka pięknych, symbolicznych scen, jak np ta z obmywaniem przez Adama „Dyni” z ran po bójce czy wspólna nauka pływania, wyglądająca jak akt chrztu. Poprzez ich wielowymiarowość, symbolikę, ukryte napięcie przekaz jest jasny – Miłość jest jedna i ta sama, nie ma lepszej i gorszej Miłości. Miłość do bliźniego obejmuje także relacje mężczyzna-męzczyzna, stawia znak równości między nimi. Piękno tych scen to także zasługa kreacji aktorskich, w tym Andrzeja Chyry w głównej roli księdza Adama. Nawet jeśli byłem rozczarowany niedzielnym werdyktem, że to Chyra właśnie wygrał nagrodę za najlepszą rolę męską, a nie Ogrodnik za „Chce się żyć”, to trzeba obiektywnie oddać pokłon temu, co wniósł do dzieła Szumowskiej. Osobiście wyróżniłbym Tomasza Schuchardta za rolę Adriana, można rzec – zły charakter filmu. Niesamowity kontrast między tą rolą a kreacją Fokusa w „Jesteś Bogiem”, parę osób powinno być w szoku.
„W imię…” to na pewno film warty obejrzenia. A jednak trudno nie mieć wrażenia, że też trochę zmarnowanego na własne życzenie potencjału.
najlepszy moment: sceny Chyra-Kosciukiewicz
ocena: 7,25/10
