Chce Się Żyć
reżyseria: Maciej Pieprzyca
Jako człowieka, który nigdy wielkim fanem X Muzy nie był, niespecjalnie mnie ciągnęło do uczestnictwa w Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, przemianowanego ostatnio na Gdynia – Festiwal Filmowy. Festiwal jednak sam postanowił się po mnie zgłosić jako pracownika. Mówiąc wprost, jest to przezajebista robota, choć okupiona ciężką orką i mocnym stresem. Z tego też powodu dopiero dziś, po 4 dniach od początku festiwalu, nadarzyła się okazja by wreszcie poczynić to, co jest głównym powodem dla którego ludzie przybywają co roku do Teatru Muzycznego (oczywiście poza zakrapianymi alkiem bankietami) – obejrzeć film.
Zacznę jednak od dygresji. Przed festiwalem miałem ułożoną w głowię listę, które wypada obejrzeć, skoro dają taką możliwość i to za totalną darmoszkę. Była wśród nich „Drogówka”, „Układ Zamknięty”, a nawet „Bejbi Blues” by przekonać się, czy to jest rzeczywiście tak złe jak mówią. W środowy wieczór posłano mnie na misję sfotografowania spotkania z twórcami „Chce Się Żyć”, pokazywanego chwilę wcześniej na głównej sali Teatru Muzycznego. I muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że taka pogawędka może okazać się jednym z bardziej poruszających momentów ostatnich tygodni. Wiedziałem po nim od razu, że ten film trzeba będzie zobaczyć. Los okazał się sprzyjający, organizując dodatkowy pokaz filmu w Multikinie. Tłumy na sali, czy da się skupić się wyłącznie na filmie? Dało się, i to na tyle, że nawet o swym zegarku zapomniałem. Wierzcie mi, dla kogoś tak chorobliwie uzależnionego od wiedzy na temat aktualnej godziny to naprawdę duża rzecz.
Nie ma dużej przesady w wypowiedzi Michała Chacińskiego (dyrektor artystyczny festiwalu), że tegoroczny program GFF jest mocny jak nigdy. Nawet pomimo przodowania w rankingu najdłużej oklaskiwanych filmów, „Chce Się Żyć” musi obawiać się konkurencji „Układu Zamkniętego” czy też „W Imię…”. Co jest o tyle przedziwne, że każdy z poprzednich festiwali film ten wygrywałby w cuglach. A biorąc pod uwagę nagrody na festiwalu w Montrealu jest to dzieło, które należy mierzyć globalną miarką i porównywać do najlepszych.
A zatem najważniejsze pytanie brzmi – czy Dawid Ogrodnik dostanie Oscara za rolę Mateusza? Nierealne? A dlaczego by nie? Akademia uwielbia role ludzi, najzwijmy to, choćby lekko odmiennych. Chorych, w rozmaitych tego słowa znaczeniu, dosłownym bardziej lub mniej. Upośledzenie umysłowe to rzecz trudna do zagrania nawet przez największych, a tymczasem Ogrodnik pełni udźwignął tę rolę. Ani na moment nie wpada w groteskę (cholernie łatwo byłoby o takową), przerysowanie, pompatyczność. Bądźmy szczerzy – jego poprzednia rola, Rahima w „Jesteś Bogiem”, była odrobinę w cieniu tych z pozostałej ekipy Paktofoniki (inna sprawa, że takie mogło być założenie, odzwierciedlające rozkład sił w PFK. Tymczasem tutaj stworzył rolę Wybitną, do głębi poruszającą (cała sala ryczała), a przy tym skora do wywoływania niewinnego uśmiechu, nie pozbawioną humoru przewietrzającego gęstą atmosferę festiwalu. Myślę, że trzeba o tym nazwisku pamiętać.
Reszta? Jaka reszta? Ok, na pewno ma to fabułę lepszą niż ta w „Blue Jasmine”, bliższą nam wszystkim. Ale ponownie to główna rola kradnie calusieńkie szoł. Nawet jeśli w tych innych aspektach można dostrzec pewne rysy (humor odrobinę rubaszny, poza tym mogłyby być lepiej rozłożone te humorystyczne akcenty), to jedno jest pewne – mamy wreszcie polski film, który mogę z czystym sumieniem polecić. Premiera w październiku. Lecę spać, bo oczy się kleją. Elo.
najlepszy moment: ?
ocena: 9/10
