rageman.pl
Film

Dziewczyna Z Szafy

rok: 2012

reżyseria: Bodo Kox

 

Kończymy nasz mini-przegląd polskiej kinematografii ostatniego roku filmem, który tego przeglądu być może jest największym zwycięzcą. Film, który, przynajmniej w kontekście wytworów kultury, najbardziej nas jako kraj zbliża do tego mitycznego Zachodu – nie poprzez sięganie po tematy pieklące w skali globalnej, nie poprzez wpasowywanie się w amerykańsko-oscarowy szablon „pozytywny bohater kontra własne ułomności i reszta świata”, ale dzięki stosowaniu kolorów, patentów, pomysłów wciąż obcych naszemu kinu, gdzie wciąż najwyższą formą sztuki jest twardy realizm reprezentowany przez pięciominutowe sceny konsumpcji kotleta schabowego. „Dziewczyna z Szafy” to przykład filmu idealnego pod względem jego ducha – działającego lokalnie, osadzonego w rzeczywistości polskiej, ale myślącego globalnie. Gdyby podobnie szerokim polem widzenia charakteryzowaliby się nasze lokalne Ważne Filmowe Osobistości, to właśnie „Dziewczynę” wysyłalibyśmy jako polską kandydatkę do Oscara. A zamiast tego znów będziemy przekonywać świat, że poza Wajdą w polskim kinie nie dzieje się nic.

Trochę zaczęliśmy tę recenzję od pupy strony, wiem. Ale ten film zawiera w sobie tyle piękna któremu chce się oddać cześć, że naprawdę trudno mi tu skupiać się na fabule, grze aktorskiej, wszelkich technicznych kwestiach. Nie to, aby były one nieistotne – bynajmniej! „Dziewczyna” to kolejny film pozwalający odetchnąć z ulgą, że czasy, kiedy byliśmy skazani na oglądanie tego samego zestawu aktorów (z tercetem Linda-Pazura-Zamachowski na czele) dawno minęły. Niejako wbrew tytułowi to mężczyźni odgrywają pierwsze skrzypce w filmie. Piotr Głowacki odgrywa rolę Jacka z nieco przerysowanym, nieco teatralnym, ale odświeżającym luzem (czy tylko mi jego postać trąci w każdym aspekcie Fiszem?). Eryk Lubos, na co dzień reprezentujący bardziej freakowatą sekcję kina, tutaj gra najnormalniejszego w świecie dzielnicowego – jedyna jego nienormalność dotyczy obiektu uczuć. No i Wojtek Mecwaldowski, dotąd kojarzący mi się z polskimi głupimi komediami, tutaj wcielający się w rolę Tomka, która wcale przesadnie jest już porównywana z Hoffmanowym „Rain Manem”. Byłbym jednak wstrzemięźliwy z zestawianiem roli Mecwaldowskiego z tą Ogrodnika w „Chce się żyć”. Zupełnie inne choroby i tak też różniące się wyzwania aktorskie.

Lynchowskie odloty, ciepło kina skandynawskiego, nienachalnie wywoływane wzruszenie metodami opatentowanymi w Europie, tematyka uniwersalnie ważna, ale nie w pretensjonalny sposób wbijająca kij w mrowisko, humor z zerową zawartością prymitywizmu, żenady i sztubactwa, utwory Filipa Zawady (ex-Pustki) z nowoczesnej szkoły muzyki filmowej… Tak, można z tym filmem iść przez świat.

 

najlepszy moment: ZEPPELINY

ocena: 8,5/10

Leave a Reply