U2 – The Best Of 1980-1990
rok wydania: 1998
wydawca: Island
jak to mawial swego czasu roman rogowiecki – „najlepsze abumy to skladanki”. wiec wracamy do tematu grejtest hitsow rockowych dinozaurow.
u2 znow na fali. ale czy kiedykolwiek nie byli? wprawdzie pod wzgledem artystycznym juz dawno zeszli z topu, ale komercyjnie to wciaz najscislejsza czolowka. i chociaz na tegoroczny koncert w chorzowie az tak mnie nie ciagnelo, to nie bede ukrywal – zobaczylbym ich raz jeszcze. no nic na to nie poradze – mega sentyment to jedno, ale nikt im nie odmowi tego, ze wiekszosc rzeczy jakie nagrali w latach 80tyh to przynajmniej dobre rzeczy.
nawet dziecko wie, ze wlasnie w ow dekadzie wiodlo sie irlandczykom najlepiej (choc nie kazde dziecko wie, iz najlepszym i najdojrzalszym dokonaniem albumowym, jak juz pisalem, pozostaje „achtung baby” z nastepnej dekady). to w tym okresie generowali hit za hitem. i mamy tu na mysli hity jako NAPRAWDE kapitalne, historycznie znaczace kawalki, a nie jakies czerstwe gitarowe wydmuszki ktore obchodza tylko sezonowych fanow i rockowych brodaczy. ktos wezmie u2 na obrone mowiac, ze przeciez nie mozna kilkadziesiat lat tworzyc przelomowych, czy przynajmnie „po prostu” swietnych albumow. i bedzie mial racje. problem w tym, ze jesli nie mozna stworzyc genialnego albumu, to niech bedzie przynajmniej naprawde przyzwoity. no ale gdzie kurde totalnie zachowawcze i smetne do chocby „the unforgettable fire”, luuudzie. i jedno „no line on the horizon”, gdzie slychac jakas minimalna chec poombinowania, wiosny nie uczyni. ej, ja naprawde nie mam nic przeciwko u2 jako gigantycznej muzycznej instytucji, a juz nawet do bono-zbawcy swiata jestem w stanie sie zdystansowac. trudno oczekiwac, by nagle rzucili wszystko wpizdu i propagowali etos DIY. naprawde uwazam, ze ich koncerty to jest zajebiscie intrygujace polaczenie popowej monumentalnej superprodukcji z rockowym duchem i, jesli nie spontanicznoscia, to przynajmniej szczeroscia. kuriozalny mix, ale w ich przypadku sie sprawdza. nie, ja nie mam nic przeciwko temu. ja mam tylko problem z tym, ze na ostatnich albumach nie ma dobrych piosenek. i tyle w temacie u2 nowego tysiaclecia.
okej, odbieglismy od tematu. rzecz w tym, ze omawiany dzis skladak, dokumentujacy poczynania u2 w latach 80tych, chyba najlepiej pokazuje to, ze u2 naprawde byl zespolem, ktory mozna bylo pokochac. zabrzmi to maxymalnie banalnie, ale jest autentyczna magia, mistycyzm w tych dzwiekach. i nawet jesli te dzwieki nie rzuca na nas dlugotrwalego uroku, to przynajmniej dostrzeze, ze bylo w tym tez poszukiwanie, niespokojny duch. niestety nie ma tu kolejnosci chronologicznej, ale i tak da sie zauwazyc, jak muzyka u2 sie zmieniala na przestrzeni lat. i absolutnie nie mozna nazwac tego stopniowa komercjalizacja, lagodzeniem brzmienia. oczywiscie dla wielu naj plyta pozostanie „the joshua tree” i absolutnie nie chce jej dyskredytowac. „with or without you” (imho przede wszystim), „i still haven’t found what i’m looking for” i „where the streets have no name” (szkoda ze zabraklo tutaj „bullet the blue sky” no ale wszystkiego miec nie mozna ponoc) to numery, ktore nawet jesli nie trzeba znac (chyba ze jest sie historykiem rocka czy cos) to naprawde warto. ale dla mnie wrecz coraz lepiej bronia sie kawalki z pierwszych trzech plyt – „boy”/”october”/”war”. polecam posluchac szczegolnie tym fanom nu-rocka czy nieobeznanym fanom indie prawdziwego badz tego pseudo, ktorym u2 kojarzy sie z rockowa dinozauriada. warto odkryc, ze powolywanie sie przez bono na nazwy typu joy division czy the clash nie jest jakims zenujacym lansem na modne znow nazwy, a ma autentyczne pokrycie w dzwiekach. jesli ktos nie wyobraza sobie zestawienia terminow u2 i postpunk to niech poslucha chocby singlowych numerow z tego okresu. inna sprawa, ze takie tracki jak „I will follow”, „sunday bloody sunday” czy „new year’s day” to, ze tak zacytuje sam siebie, „po prostu” przekozackie kawalki. a umieszczony tu jako bonus tytulowy track z „octobera”, choc sprawia formalnie wrazenie miniaturki muzycznej, to tresciowo praktycznie zmiata z powierzchni pare ostatnich plyt u2. cudna rzecz. wielbie tez kawalki z, powiedzmy, przejsciowej plyty, jaka jest „the unforgettable fire”. zaangazowanie dwoch geniuszy w postaci lanoisa i eno zaowocowalo porzuceniem „chlodu” na rzecz przestrzennego, z leksza wrecz nasiaknietego ambientem (w koncu Eno) brzmienia. ale wciaz blizej tym kawalkom nieopierzeniu pierwszych plyt niz dostojnosci „the joshua tree”. no i jeszcze zostalo nam „rattle and hum”. czyli zafascynowanie ameryka, ktore w koncu przelozylo sie takze na same dzwieki. „when love comes to town” nagrane z b.b. kingiem, „angel of harlem”, „desire”, „all i want is you”… moze nie sa to moje najulubiensze kawalki, ale to wciaz solidny chleb razowy.
no dobr, tyle ze te wszystkie kawalki to rockowy elementarz, z ktorym kazdy sie musial zapoznac, czy tego chcial czy nie. tak wiec zakonczmy sprawe na odnotowaniu tego, co sie znalazlo na pierwszym krazku i przejdzmy do cedeka z bisajdami. mowi sie ze prawdziwa wartosc zespolu poznasz po odrzutach nieumieszczonych na regularnych albumach. jakim wiec „tak naprawde” zespolem bylo U2 ponad 20 lat temu? coz, jak mozna bylo tak naprawde przypuszczac – dla wiekszosci poziom nieosiagalny, ale tez szalu nie ma. tak po prawdzie to najlepiej sie przedstawiaja covery: „dancing barefoot” patti smith (naprawde niezle), oraz evergreeny „everlasting love” (uwielbiam, kawalek typu „az chce sie zyc”, brzmieniowo oczywiscie blizej latom 60tym niz Sandrze, hehe) i „unchained love” (o tym kawalku wiecej napisze moja Siostra w komentarzu, buziaxy i pozdrowionxy!). jesli chodzi o reszte to bywa roznie. „the three sunrises” ma refren tak beztrosko brzmiacy, ze az lekko zretardzialy, ale slucha sie przemilo. „th spanish eyes”, „hallelujah here she comes” czy „silver and gold” spokojnie moglby sie znalezc na regularnych albumach (choc ten ostatni to taki „when love comes to town” z brzmieniem „the joshua tree”). akurat kawalek, ktoremu nadano nowe, singlowe zycie – „sweetest thing” – to juz jak dla mnie zbyt przeslodzona rzecz. chociaz wybaczamy – numer napisany dla zony, a nie wiemy jaki gust ma pani hewson. milo brzmi miniaturka „bass trap”. „endless deep” zaskakuje najbardziej, bo brzmi jak wykapany joy division. szkoda ze tresci zupelnie zabraklo… jest tez ewidentna pomylka w postaci „trash, trampoline and the party girl”, w ktorym bono spiewa tak, ze uszy zwijaja sie z rozpaczy. a przeciez pare razy pokazywal, ze umie spiewac.
glupio dawac maxa skladance, no ale raz ze to naprawde Klasyka, dwa ze Swietne Numery, trzy ze Solidnie Opracowane Wydawnictwo. wiec z wymuszona rezerwa:
najlepszy moment: SUNDAY BLOODY SUNDAY
ocena: 9,5/10