rageman.pl
Muzyka

Queens Of The Stone Age – Queens Of The Stone Age

rok wydania: 1998

wydawca: Loosegroove

 

dobra, panie i panowie, panowie i panie. czas na prawdziwego rokendrola. nie ze studia nagraniowego, tylko prosto z pustyni. dawno nie bylo o qotsa, czas omowic ich historyczny debiut.

przypuszczam, ze jest to wsrod gawiedzi najmniej znany album josha homme’a i spolki. wiekszosc krytykow podjarala sie sofomorem „rated r”, masy podjaraly sie na wysokosci trzeciego albumu, zapewne glownie dzieki obecnosci dave’a grohla na tymze. na dodatek debiut, w przeciwienstwie do pozostalych krazkow, zostal wydany w niezaleznym, malutkim Loosegroove (wlasnosc: Stone Gossard, ten z Perl Dzemu), przez co obecnie jest mocno niedostepnym krazkiem (ponoc w planach jest reedycja). i jest to bardzo niesprawiedliwe.

boje sie uzyc sformulowania, ze jest to najlepszy krazek zespolu. nawet uwzgledniajac fakt, ze nie ma czegos takiego jak obiektywizm w ocenianiu muzyki, sztuki generalnie. na przeszkodzie stoi przede wszystkim to, ze jest to chyba najbardziej kyussowaty album queensow. co niespecjalnie dziwi. kurz pustyni jeszcze nie zdazyl opasc z pana homme’a, a poza tym graja tu wlasciwie ci sami muzycy co w kyussie (na perkusji alfredo hernandez z ostatniego line-up’u, na bassie zas gra sam josh, choc nick olivieri byl juz w skladzie). no i wlasnie chyba przez ta kyussowatosc tak robi mnie ten album. ja naprawde zaczalem doceniac qotsa jako samoistny byt, co dalem wyraz w recenzji „ery vulgaris”. ale no… wiecie… KYUSS to KYUSS.

to jest piekne w tym albumie, ze podobnie jak np „blues for the red sun”, nie da sie wlasciwie inaczej go sluchac niz od poczatku do konca. nie aby chlopaki stali sie pozniej singlowa kapela. ale tutaj naprawde nie ma sensu wyrozniac, wyodrebniac jakichkolwiek numerow. ktos uzna to za slabosc, inny zarzuci mi hipokryzje, ze dissuje zespoly pokroju ac/dc majace podobny pomysl na robienie utworow. no wlasnie nie do konca tak jest. bo widzicie, wchlanianie piosenek ac/dc i qotsa jest jak spozywanie produktow makdonalda i kebabow. roznice miedzy numerami ac/dc sa dla mnie podobne do tych miedzy bulami w restauracji ronalda makdonalda. zjesz po raz pierwszy w zyciu – byc moze zajebiscie ci zasmakuje. ale wraz z kolejnymi aktami konsumpcji dostrzegasz, ze to smakuje jak nic, jesz syntetyczny produkt. ciezko orzec, na ile to wina braku pomyslu i fantazji mistrzow kuchni w makdonaldzie, a na ile dziwnie rozumiana troska o klienta, by go nic w naszej ofercie nie zaskoczylo, ani nie zaszczypalo w kubeczki smakowe. tak samo trudno stwierdzic, czy to, ze od paru dekad ac/dc wypuszczaja praktycznie niczym sie nie rozniace plyty wynika z ich rzemieslniczej mentalnosci, ktora nie pozwala zaoferowac nic ponad to, co zostalo zagrane na pierwszych plytach, czy moze chodzi po prostu o granie pod publike, ktora juz dawno wyrobila sobie opinie nt oczekiwan wobec zespolu ac/dc. generalnie – co jakis czas mozna zgrzeszyc i zjesc. ale zeby regularnie ta, no to nie, raczej nie.

a tymczasem piosenki queens of the stone age, zwlaszcza na debiucie to KEBABY. a kto mnie zna ten wie, ze lepszego komplementu wymyslic bym nie mogl. kebaby z roznych bud, by rzecz uscislic. niby receptura ta sama, ale przeciez roznice w smaku sa horreodalnie wielkie! raz mamy kapitalny smaczek ogoreczka, innym razem odrobina cebulki, buraczki tez nie zaszkodza, a to wszystko skapane w sosie lagodnym badz czosnkowym. i tak jest wlasnie z piosenkami na tej plycie – mnogosc pyszniutkich partii instrumentalnych spowitych sosem pustynno-garazowym (posmak pejotla lekko wyczuwalny). no i mnostwo rockowego miecha, rzecz jasna. a takze skladnik, ktorego obecnosc jest czasem decydujaca dla smaku calosci. czyli feta….. errrr, wroc – Melodia. owszem, malo jej tutaj, ale tym wieksza radocha z natrafienia na nia. no a poza tym slyszeliscie o kebabach, w ktorych najwiecej jest fety?

dobra, dosc tych kulinarnych porownan, jeszcze mi fani angusa younga i ronalda makdonalda zrobia wjazd na chate.  zmierzam do tego, ze uwielbiam ten album. nie jest to zadne wykwitne danie, ale smakuje jak cholera i rownie mocno uzaleznia. a co (ostatni raz juz, przysiegam) rozni natomiast ten album od kebabow to to, ze wciaz jest to raczej elitarna potrawa, ktorej spozywaniem mozna sie przylansowac wsrod znajomych i na last.fm. choc moze przesadzam – kawalki stad byly calkiem zajebiscie odebrane na koncercie w Stodole. jak chocby „If Only” – scisla czolowka jesli chodzi o moje ulubione kawalki W OGOLE, nie mowiac juz o repertuarze qotsa. mantrowo powtarzany riff (na tym albumie to wlasciwie cos oczywistego), prosty beat i melodia tak przecudowna, ze jeszcze zaden muzykolog jej bossowatosci nie rozgryzl. paradoks polega na na tym, ze wlasciwie to najmniej kyussowaty kawalek tutaj (pomijajac zamykajacy stawke „I was a teenage hand model”, bedacy juz totalnym kosmosem), najbardziej, hm, zwarty. a skoro mowa o roznicach miedzy qotsa a poprzednim bandem josha – mimo tego co wczesniej napisalem, produkcja nie jest az tak przymulona jak na krazkach kyussa, ktorych brzmienie moglo doprowadzic do rozpaczy niejednego audiofila. no i znacznie lepiej slychac to wokale. swoja droga, falset homme’a to tez zupelnie inna jazda od tego co john garcia wyczynial. nie wiem czy lepsza czy gorsza, po prostu inna.

jeden z najlepiej niwelujacych moj glod rock and rolla albumow.

 

najlepszy moment: IF ONLY

ocena: 9,5/10

Leave a Reply