rageman.pl
Muzyka

Dire Straits – Sultans Of Swing: The Very Best Of Dire Straits

rok wydania: 1998

wydawca: Vertigo

 

skladanek rockowych dziadow ciag dalszy.

w przeciwienstwie do omawianego wczoraj best of’a U2, to wydawnictwo nalezy traktowac jako cos na ksztalt epitafium. w koncu Dire Straits od dawna nie istnieje. i w sumie moze i dobrze – ta sytuacja z obecnymi reunionami zaczyna przypominac Noc Zywych Trupow czy cos w ten desen. dyskografie Dire Straits omowilismy juz wlasciwie w calej rozciaglosci, jednak recja tego skladaka to dobra okazja, by omowic temat jeszcze raz.

nie bede ukrywal – mam mega slabosc do tej kapeli. za co juz nieraz zbieralem becki. i zgodze sie – pomimo tej mega sympatii trudno mi uznac ich za szczegolnie znaczaca kapele w historii muzyki. tez niefajnie podzialal na nich sukces „Brothers is arms”, po ktorej popadli w lekka gigantomanie, co widac bylo na koncertach. i wlasnie przez pryzmat tych wystepow na stadionach glownie sie ich pamieta.

a prawda jest taka, ze te stadiony tak na dobra sprawe pojawily sie na ostatnim etapie kariery. zreszta te same stadiony doprowadzily do rozpadu kapeli i totalnej niecheci knopflera do reaktywowania zespolu. a juz najprawdziwsze prawdy, dobrze widoczne na tym skladaku, sa dwie: a) kapela miala wlasny, unikalny styl, ktory wprawdzie na przestrzeni lat ulegal modyfikacjom, jednak pozostawal rozpoznawalny za sprawa glosu i kapitalnej gitary lidera absolutnego – marka knofplera b) naprodukowali panowie (a wlasciwie knopfler) sporo swietnych singli

prawie 80 minut muzyki, przez co tez jest bardziej przekrojowo niz esencjonalnie. zmiescily sie wlasciwie wszystkie single (poza „skateaway” i „the bug”, choc imho to zadna strata), a dostajemy tez bonusy. zaczynamy od pojedynczych reprezentantow pierwszych dwoch plyt. „sultans of swing”, od ktorego cala impreza sie zaczela i „lady writer”. mocno rhythm’n’bluesowo, swingowo, dylanowo wrecz. po prostu pysznie oldskulowo. i chyba wlasnie za to oblicze najbardziej mozna lubic ta kapele. „tunnel of love” i „romeo and juliet” to juz pierwsze symptomy poszukiwan. przede wszystkim – sporo klawiszy. poczatek pierwszego to stricte klawiszowa sprawa. „r&j” to zas balladowa forma, wczesniej wlasciwie obca zespolowi. piekna sprawa, jak kiedys sie hajtne to bedzie to obowiazkowa melodia do pierwszego tanca. lecimy dalej: „love over gold” jest reprezentowany przez dwa numery, choc tytulowy track, by bylo smieszniej, otrzymujemy w wersji z koncertowki „Alchemy”. wprawdzie opus magnum tego albumu to 14minutowy kolos „telegraph road”, ale „private investigations” i wspomniany numer tytulowy dobrze odzwierciedlaja glowna idee albumu, czyli flirt z progresywnym rockiem. i szczerze mowiac, o wiele lepiej ten romans wypada wlasnie w tych singlowych kawalkach, zwlaszcza w „private…” z kapitalna koncowka (bass! BASS!). no ale o tym juz pisalismy przy okazji recenzji tamtego albumu. nie pisalismy zas nigdy o EPce „ExtendedancEPlay”. tutaj reprezentowany przez „Twisting by the pool”. niestety, straszna slabizna ten utwor. moze mialo byc glupawo, nawiazujaco do 50tych lat, ale wyszlo odpychajaco. remedium przychodzi wraz z wiazanka hitow z „brothers in arms”. moj absolutnie najulubienszy „so far away” (gdybym mial wybrac jeden utwor obrazujacy uczucie POZYTYWNEJ tesknoty za pomoca dzwiekow, to postawilbym wlasnie na niego), glupawo beztroski „walk of life” (balansujacy na granicy obciachu, na szczescie imho jej nie przekraczajacy) no i dwa dire straitsowe absoluciki – „money for nothing” z wokalem stinga i zz topowym riffem oraz refleksyjny „brothers in arms”. szkoda ze oba ostatnie tracki podane w mocno okrojonej wersji, no ale cd nie z gumy, niestety. z ostatniej studyjnej „on every street” mamy numery najbardziej dla tej mocno przytulonej do country plyty nietypowe, bo jako jedyne wlasciwie nawiazujace do starego oblicza: „calling elvis”, „on every street” (gdyby DS byli z polski, to bym ich oskarzyl o zrzynanie z Lady Pank – posluchajcie koncowki tego utworu) i „heavy fuel”. ten ostatni to nawet za mocno nawiazuje do „money for nothing”, ale sklamalbym mowiac, ze nie wpada w ucho. na grande finale saxofon-driven singiel z „BIA” – „your latest trick” i jedyny niesinglowy rarytas tutaj, czyli „wild theme” z soundtracku do „local hero”, podpisanego nazwiskiem samego knopflera. oba numery w wersji z koncertowki „on the night”.

sympatycznie sie tego slucha, bo choc numery sa uporzadkowane niemal w tej samej kolejnosci, w jakich sie pojawialy na singlach, to dziwnym trafem tworza spojna calosc takze pod wzgledem klimatu. powiedzialbym wrecz, ze kazdy kolejny numer w jakis sposob wynika z poprzednika. co owocuje jakby samoistnym dzielem, a nie tylko zbiorem popelnionym przez wytwornie (nawet jesli rzeczywiscie muzycy DS nie przylozyli reki do ow wydawnictwa). jesli lubicie sluchac muzyki nie tylko Historycznie Waznej, ale tez po prostu Sympatycznej, to zaprawde polecam.

 

najlepszy numer: SO FAR AWAY

ocena: 8/10

Leave a Reply