Tyle co nic
reżyseria: Grzegorz Dębowski
Parafrazując klasyka – dobre polskie filmy są dobre. I nie chodzi o jakiś przesadny polski patriotyzm, ale tym bardziej lubię oglądać dobre polskie kino, bo mówi coś o bezpośrednio otaczającym mnie świecie. A chodzę do kina by nie tylko dowiedzieć się o tym co dzieje się wokół mnie (bo od tego mam internet), ale przede wszystkim by to wszystko zrozumieć.
Tak się sprawy potoczyły, że polska, oficjalna premiera „Tyle co nic” (bo wcześniej były pokazy festiwalowe) zbiegła się w czasie z protestami rolników przetaczającymi się przez Polskę. A faktem jest, że film rozgrywa się na polskiej wsi, a jego głównymi bohaterami są rolnicy i ich rodziny. Czy jednak debiutancki film Dębowskiego w jakikolwiek sposób tłumaczy skąd te protesty? Absolutnie nie. Natomiast daje coś znacznie bardziej wartościowego – pokazuje gdzie dziś jest polska wieś i dokąd zmierza, przede wszystkim od strony mentalnej.
I sam ten jeden wymiar filmu mógłby już wystarczyć, by uznać film za co najmniej przyzwoity, nawet jeśli tematyka mrocznej, przygnębiającej strony polskiej wsi była już nieraz brana na tapet przez filmowców, by przypomnieć wciąż genialne „Wesele” Smarzowskiego. I na początku filmu obserwujemy wręcz „starter pack” – jest ksiądz łasy na kasę od wiernych, są miejscowi politycy, jest alkohol, a przede wszystkim jest protest rolników. Tyle że na tym proteście dochodzi do tragedii, która nie tylko wywraca do góry nogami życie głównych bohaterów, ale i sam film. Nagle pierwszy plan robi krok w tył, by ustąpić miejsca klasycznej historii whodunit, a właściwie what happened. I nawet jeśli i z tym drugim wymiarem „Tyle co nic” nie jest najbardziej oryginalnym dziełem – bo kinomani przypomną sobie o „Bestiach”, „Prześwietleniu” czy innych filmach o zbrodniach rozgrywanych na wsiach – to dzięki niemu całość nie tylko składnia do refleksji, ale przede wszystkim wciąga aż do ostatniej minuty.
Co jest przede wszystkim zasługą dwóch osób: reżyseria, który tym filmem zalicza być może jeden z najlepszych debiutów w polskim kinie od lat oraz Artura Paczesnego, być może grającego tu rolę życia, a na pewno taką która powinna mu dać awans do wyższej aktorskiej ligi. Jego Jacek niekoniecznie jest człowiekiem, z którym z miejsca sympatyzujemy – jest szorstki w obyciu, nie wylewającym za kołnierz, a przede wszystkim zaniedbującym rodzinę. Ale jest też facetem z jasno określonymi zasadami – może i naiwnymi, może i prosto ciosanymi, ale jego skłonność do bronienia ich za wszelką cenę, stawiającego go niczym kowboja samemu przeciwko wszystkim, musi wzbudzać szacunek.
Jestem przekonany że z innym marketingowo-PR’owym backgroundem ten film byłby jedną z najgłośniejszych premier sezonu. Ale jest to debiut, wyprodukowany niezależnie, na dodatek z aktorami o twarzach zupełnie nieopatrzonych w serialach, telewizji czy portalach plotkarskich. Mam więc nadzieję, że choćby jedną osobę zachęcę do poszukania filmu na streamingach.
najlepszy moment: rozwiązanie
ocena: 8,75/10
