rageman.pl
Film

Rysa

rok: 2008

reżyseria: Michał Rosa

 

Wstęp dotyczący zalet dobrych polskich filmów, którym posłużyłem się przy „Tyle co nic”, mógłby mi posłużyć i tutaj. Bo „Rysa” to bardzo dobry polski film który, choć osadzony w wybitnie polskich realiach, mówi o sprawach uniwersalnych.

Tak na dobrą sprawę fabuła filmu Rosy jest tak prosta, że można tu właściwie mówić o przypowieści. Głównymi bohaterami filmu jest są Joanna i Jan, małżeństwo inteligentów o stażu liczonym w dekadach. Przeglądając prezenty z zakończonej właśnie imprezy urodzinowej natrafiają na niepozorną, w żaden sposób nieopisaną kasetę VHS. Ktokolwiek oglądał filmy Lyncha bądź Haneke wie, że takie kasety zazwyczaj oznaczają kłopoty. Nie inaczej jest tym razem – kaseta zawiera zapis wywiadu telewizyjnego z niejakim Marczakiem, podczas którego deklaruje że ma niezbite dowody na współpracę Jana ze Służbą Bezpieczeństwa. On oczywiście wszystkiemu zaprzecza i choć Joanna początkowo deklaruje całkowite zaufanie do męża, to rozpoczyna swoiste śledztwo, które oddala ją nie tylko od Jana ale i całej rodziny, a zarazem coraz bardziej wpływa na jej zdrowie psychiczne.

Spotkałem się z zarzutami, że Rosie, o którym raczej trudno powiedzieć by funkcjonował w czołówce reżyserów polskich, zabrakło talentu do stworzenia bardziej wyrazistego, pogłębionego portretu psychologicznego. I nawet jeśli mógłbym się zgodzić co do opinii na temat filmu, to nie uważam aby to świadczyło o brakach w warsztacie Rosy. Ba, mogę przypuszczać że dokładnie taki był jego zamiar. Tak na dobrą sprawę „Rysa” to opowieść o Polsce epoki post-PRLowskiej. O każdym polskim domu zamieszkałym przez osoby, które zostały postawione przed wyborem (o ile można tu mówić o wyborze w klasycznym rozumieniu tego pojęcia) współpracy z władzami komunistycznymi. Jak często słyszymy w kontekście rozmaitych osób – od polityków, poprzez celebrytów, a na sąsiedzie z naprzeciwka kończąc – pytanie „współpracował czy nie?”. Przy czym Rosa dokłada do tego pytania drugie, być może nawet ważniejsze – „czy ma to tak duże znaczenie w kontekście oceny całokształtu osoby?”. Ktoś oczywiście, zwłaszcza z prawej strony, powie że to próba wybielania, relatywizowania. Warto jednak przypominać że świat nie jest czarno biały. I wbrew pozorom życie w komunie też nie było czarno białe, a decyzja o współpracy z SB nie była klasycznym wyborem między dobrem a złem, wbrew temu jak prawica (przy czym bardzo często są to osoby których nawet nie było na świecie w tamtych czasach) chciałaby to postrzegać.

Ale też można patrzeć na „Rysę” jeszcze szerzej – czyli jako historię o utracie zaufania, spowodowanego Kłamstwem – czegokolwiek by ono dotyczyło. Ktokolwiek tego doświadczył wie, jak ta początkowa rysa potrafi się rozrastać i wyniszczyć doszczętnie. I tu szczególne brawa dla Jadwigi Jankowskiej-Cieślak za to, jak kapitalnie oddała ten proces zachodzący w umyśle „odbiorcy” tego kłamstwa. Choć tak na dobrą sprawę przeważnie jest to dramat na dwóch aktorów – także „nadawcy”, który zazwyczaj nie chce się przyznać do winy, wymiguje się od odpowiedzi, gubi się w deklaracjach. I tu także trzeba oddać cześć Krzysztofowi Stroińskiemu, dla mnie jednemu z najlepszych i najbardziej niedocenionych polskich aktorów. Tak na dobrą sprawę nawet już po seansie wciąż trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to najważniejsze z pytań jakie stawia fabuła filmu.

Świetny film.

 

najlepszy moment: scena w szpitalu to już jest jedno wielkie „WHOAH”

ocena: 8,5/10

Leave a Reply