rageman.pl
Film

Twin Peaks: A Limited Event Series

rok: 2017

reżyseria: David Lynch

Uwaga: ten wpis może (a właściwie to na pewno tak jest) zawierać śladowe ilości spoilerów.

Prawdopodobnie nawet te osoby, które całkowicie ominęła zajawka na Twin Peaks i nigdy serialu nie oglądały (nie rozumiem, ale niech będzie), słyszały o jego dość kontrowersyjnym finale w ’91 roku. Nie że złym jakościowo – bo na takowy nie mógłby sobie pozwolić David Lynch, który po długiej rozłące z serialem wrócił by wyreżyserować ostatni odcinek – ale zaskakującym, wręcz wstrząsającym, niejako zaprzeczającym logice konstruowaniu postaci głównego bohatera, jakim był Agent Specjalny Dale Cooper. Dziś po latach wiemy, że w zamierzeniu miał to być klasyczny cliffhanger zachęcający do wyczekiwania na trzeci sezon. Jednak według włodarzy stacji ABC, gdzie emitowany był serial, na tym etapie nie było już kogo zachęcać i zakręcili kurek z pieniędzmi i przestrzenią antenową, tym samym zabijając serial. Niedługo potem Lynch – choć już bez udziału drugiego współtwórcy serialu, Marka Frosta, co tylko dodawało oliwy do ognia – wrócił do świata serialu w pełnometrażowym filmie „Twin Peaks: Fire Walk With Me”. Filmie, który nie tyle rozczarował, co wręcz rozwścieczył fanów serialu – bo zamiast odpowiedzieć na pytanie „co stało się z Agentem Cooperem?” odpowiadał  (fakt faktem że w bardziej rozwinięty sposób) na dawno już odpowiedziane pytanie „Kto zabił Laurę Palmer?”. Pomijając fakt samej jakości filmu – niech każdy ocenia według własnego gustu – można powiedzieć, że podziałał on jak papierek lakmusowy oddzielający prawdziwego fana serialu od masowego casuala – tylko ten pierwszy wie, że w Świecie Davida Lyncha, w skład którego wchodzi Świat Twin Peaks, nie szuka się odpowiedzi na pytania. Niemniej efekt był taki, że po krótkiej reanimacji franczyza Twin Peaks była oficjalnie martwa, a jej nagła śmierć pozwoliła jej obrosnąć kultem niczym legenda Jamesa Deana, który też, jak wiadomo, długo nie pożył.

Okazało się jednak, że zarówno Lynch, jak i Frost, przez te wszystkie lata jednak chcieli odpowiedzieć na pytanie o to, co stało się z Cooperem. I jak to u Lyncha bywa, szczęśliwym eksperymentem zostawił sobie furtkę ku temu, by wrócić do świata Twin Peaks. W jednej ze scen odgrywających się w legendarnym Red Roomie Laura Palmer mówi do Coopera, że zobaczą się ponownie za 25 lat. I niemal 25 lat później Lynch i Frost ogłosili (oczywiście w formie przystającej nowym czasom, czyli za pośrednictwem Twittera) powrót serialu. Oczywiście od tego momentu do premiery pierwszego odcinka musiało minąć trochę czasu – co zrozumiałe, na nakręcenie nowych odcinków, ale niezaplanowanym zgrzytem było chwilowe opuszczenie projektu przez Lyncha, który nie zgodził się na zaproponowany przez Showtime (platforma konkurencyjna dla Netflixa, gdzie miał być umieszczony nowy sezon – kolejny znak czasów) budżet. Po masowej akcji #savetwinpeaks Lynch powrócił, a cała afera finalnie przyniosła pozytywny efekt – zwiększając liczbę odcinków z dziewięciu do osiemnastu. Oczywiście oznaczało to, że trzeba było poczekać więcej niż 25 lat, ale komu to już w tym momencie przeszkadzało. Najwspanialszy powrót, przynajmniej w moim mniemaniu, stał się faktem.

Doskonale pamiętam ten majowy dzień 2017 roku, kiedy to na platformie HBOGo (w Polsce Showtime nie funkcjonuje – chwała HBO za to, że wykupili prawa do emisji) umieszczony został nie tylko pierwszy odcinek nowego sezonu, ale i trzy kolejne. Na każdy kolejny odcinek trzeba było czekać cały tydzień, jak za starych czasów, wbrew trendowi ostatnich lat, gdzie wrzuca się naraz całe sezony. Dlatego cieszył ten mini-maraton na samym starcie, chociaż musiałem jak na szpilkach przeczekać dzień w pracy aż do poniedziałkowego wieczora (do dziś trochę żałuję, że nie wziąłem urlopu aby obejrzeć go tak w tym samym czasie co Amerykanie, czyli jeszcze w niedzielę). Nie było to jednak wyczekiwanie przepełnione czystym szczęściem – historia szeroko pojętej Sztuki nie takie przypadki rozczarowujących powrotów zna, a w te obrodziło zwłaszcza w ostatnich latach, na fali masowej nostalgii u twórców za latami minionymi. Paradoksalnie to, że za każdy odcinek nowego sezonu odpowiedzialni byli jako scenarzyści, producenci i reżyserzy tandem Lynch & Frost jednocześnie uspokajało i niepokoiło. Uspokajało to, że na pokładzie byli oryginalni twórcy, którzy najlepiej wiedzą czym Twin Peaks powinno być. Niepokoiło to, że dla samego Lyncha to był także powrót po ponad dekadzie za kamerę – po „Inland Empire”, filmie przy którym po raz pierwszy zwątpiłem w Lyncha i którego do dziś nie jestem w stanie obejrzeć po raz drugi.

Jak się niestety okazało w ten poniedziałkowy majowy wieczór, niepokój był w pełni uzasadniony. To nie było to. Gdzie te postaci które znamy i kochamy? Gdzie ten unikalny, przepełniony czerwienią ciepły obraz? Dlaczego oglądamy scenerie Nowego Jorku, Południowej Dakoty i jeszcze kilku innych miejsc w Ameryce, a nie ma prawie wcale samego Twin Peaks? I co najważniejsze – gdzie ten KLIMAT? Jest w pierwszym odcinku scena morderstwa rodem z horroru gore – coś, co byłoby nie do pomyślenia w oryginalnym Twin Peaks. Nie poprawiły tego odczucia kolejne odcinki, gdzie dużo było elementów typu whatthefuck – jak Ewolucja Ramienia, Dr Jacoby jako Dr Amp wykopujący się dosłownie z gówna. Można by jeszcze długo wymieniać. Za długo. A jako wisienka na tym rozczarowującym torcie – Agent Cooper jako ociemniały Dougie. Postać tyleż pocieszna, co frustrująca tych wszystkich, którzy chcieli oglądać Agenta Coopera w pełni jego błyskotliwości, a nie jako warzywko. Finalnie – byłem zrozpaczony. Miały być wakacje, gdzie każdy poniedziałkowy wieczór miał być świętem. A okazało się, że nie czekałem. Po prostu oglądałem każdy kolejny odcinek, czekając na przełom.

Czy się go doczekałem? Tak, ale dopiero po długim czasie, kiedy obejrzałem cały sezon od początku do końca po raz drugi. I jak się okazało, rację miał Lynch, mówiąc by oglądać serial do końca – wtedy całość nabierze sensu.

Zawsze uważałem, że twórczość powinna się bronić sama w sobie, bez jakiegokolwiek dodatkowego kontekstu, adnotacji itp. Do momentu, kiedy obejrzałem wywiad z Markiem Frostem (czyli tym bardziej „przyziemnym” elementem tandemu ojców serialu), gdzie wyjaśnił coś, co w zestawieniu z powyżej wspomnianym zaleceniem Lyncha diametralnie zmieniło moją perspektywę. W zamierzeniu jego, jak i Lyncha, nowy sezon miał mieć strukturę książki, nie serialu. Z wątkami przeplatającymi się w obrębie całego dzieła, z rozdziałami (warto zwrócić uwagę, że oficjalnie trzeci sezon nie zawiera odcinków, tylko części) stanowiącym samoistne całości, bez celu budowania oczekiwania na rozwój wydarzeń w kolejnym odcinku. W tym kontekście trzeba uczciwie przyznać, że Lynch & Frost strzelili komercyjnego samobója, decydując się na oldschoolowe cotygodniowe rozplanowanie odcinków. Bo kto ma tyle cierpliwości i woli, by czytać książkę w tygodniowych odstępstwach, gdzie akcja tak wolno się rozwija? Z drugiej strony – ostatnią rzeczą, o jaką można podejrzewać Frosta i Lyncha zwłaszcza, to to, że będą zainteresowani nawykami statystycznego człowieka/widza/czytelnika.

Teraz już wiem i mówię to z całym przekonaniem, chociaż mam też świadomość że mówię to z pozycji fanatyka Twin Peaks, mało obiektywnego – Twin Peaks: The Return to Tryumf Lyncha i Frosta. Nie, że wybrnęli – bo pomijając powyżej stwierdzony fakt, że na ich sztukę zerowy wpływ mają oczekiwania widzów, to przecież tak naprawdę nigdy nie musieli wracać – wszyscy w jakimś stopniu pogodzili się z tym, że Agent Cooper został opętany przez BOBa i koniec tematu. Oni zwyciężyli, tworząc coś co zaskoczyło dosłownie wszystkich – formą, treścią, wliczmy nawet tych zaskoczonych jakością. Ten sezon okazał się jedną wielką próbą charakteru wielbicieli Twin Peaks (dodajmy że znacznie cięższą niż ta próba, jaką też był „Fire Walk With Me”), to na ile są w stanie przyswoić Twin Peaks, które nie wygląda ani nie „zachowuje się” jak oryginalne Twin Peaks. Brak mu tego humoru, tej lekkości, być może nawet tego czaru co kiedyś. Ale zarazem jest dojrzalszy i co być może najważniejsze – nie udaje, że tych 25 lat wcale nie minęło. To Twin Peaks na nowe czasy. O ile oryginalne sezony posiadały klimat oderwania od czasu i przestrzeni, tak trzeci sezon doskonale pokazuje w jakim czasie powstał – nie tylko za sprawą obecności telefonów komórkowych czy nawet Skype’a (kiedyś myślałem że to jakiś dziwaczny product placement, teraz wiem że bez Skype’a Lynch i Frost nie stworzyliby scenariusza nowego sezonu, więc pewnie jest to dla nich jakiś swoisty hołd). Da się poznać po tym serialu, że żyjemy w czasach bardzo dalekich od niewinności, pogrążonych w kryzysach – bez wątpienia politycznym, ale jak można wywnioskować z serialu, także obyczajowych.

Co zdecydowanie najważniejsze jednak, powód dla którego wszyscy wyczekiwali tego trzeciego sezonu i co chyba w największym stopniu rzutuje na ocenę całości (o ile ktoś dobrnął do ostatniego odcinka) – Twin Peaks: The Return jednocześnie odpowiada i nie odpowiada na pytanie „co stało się z Agentem Cooperem”. Nielogiczne? Nie w przypadku Twin Peaks.

<SPOILER><SPOILER><SPOILER><SPOILER><SPOILER><SPOILER><SPOILER>

Co więc właściwie stało się z Agentem Cooperem? Przyznam szczerze – jeszcze bardziej nie mam pojęcia niż po drugim sezonie. I tak naprawdę nie chciałbym odpowiadać na to pytanie, bo jeśli musiałbym to odpowiedź byłby najbardziej depresyjna z możliwych. Gdyż na chwilę obecną, bo połączeniu wszystkich faktów i poszlak, najbliżej mi do stwierdzenia, że Agent Cooper nie żyje. Sprawą dyskusyjną jest, czy śmierć nastąpiła po wejściu do Czarnej Chaty czy nawet jeszcze wcześniej, po byciu postrzelonym na końcu pierwszego sezonu przez Josie Packard. Alternatywna rzeczywistość jako kreacja w efekcie niepowodzenia głównego bohatera to rzecz nieobca Lynchowi – z drobnymi wyjątkami jest to motyw każdego jego filmu od „Zagubionej Autostrady” wzwyż. Uczucie niepowodzenia było także nieobce Cooperowi. I tylko jedno pytanie wciąż się nasuwa: „Who is the dreamer?”. BTW zauważyliście że klucz do pokoju Coopera jaki trafia do Bena Horne’a (a potem do Szeryfa Trumana) ma napis „Clean Room, Reasonably Priced”? DOKŁADNIE ta sama fraza, którą wypowiada Cooper w pilocie pierwszego sezonu? Czy to nie dziwne?

</SPOILER></SPOILER></SPOILER></SPOILER></SPOILER></SPOILER></SPOILER>

Paradoksem jest, że w efekcie poskładania wszystkich części w całość o wiele większe oczekiwanie na następny odcinek/rozdział czułem podczas maratonu, jaki sobie zafundowałem jakiś czas temu. Mimo że czas oczekiwania wynosił kilka sekund, a poza tym wiedziałem już co będzie działo się dalej. Bo wiedziałem już że każda scena ma jakiś sens, chociaż nie każdy element tej sceny musi mieć znaczenie. Jakiś czas temu olśniła mnie teoria, którą, przyznaję bez bicia, wcześniej nie znałem – Strzelby Czechowa, pochodząca od rosyjskiego dramatopisarza Antona Czechowa. Mówi ona o regule w konstruowaniu historii, że każdy element musi mieć znaczenie, inaczej niepotrzebnie rozprasza odbiorcę. Czyli jeśli w akcie pierwszym pokazana zostaje strzelba, w akcie trzecim musi ona wystrzelić. I jest to DOKŁADNA antyteza podejścia Lyncha, którego wizja jest mi znacznie bliższa. W Twin Peaks: The Return jest mnóstwo elementów, dialogów z pozoru totalnie nieistotnych – z pozoru, bo tak naprawdę oddają istotę świata w którym żyjemy, który jest przepełniony nieistotnymi rozmowami, wątkami itp. I być może w rękach innego reżysera trzyminutowa scena zamiatania podłogi (przykład niezmyślony) byłaby nieznośna. U Lyncha staje się ona mini dziełem sztuki. Jasne, że dla wielu to był moment w którym ostatecznie odpuścili dalsze oglądanie serialu. Ale te osoby tak naprawdę nigdy nie były zapraszane do zabawy w trzeci sezon Twin Peaks.

Czy trzeci sezon to arcydzieło? Nie wiem, a już na pewno nie chcę go porównywać do wzorców z wzorca, jakim są oryginalne sezony (bez ich rozdzielania, patrzę na nie jako całość). Ale uwielbiam jego klimat, choć tak daleki od tego, co definiowałem jako „klimat Twin Peaks”. Uwielbiam jego wieloznaczeniowość, mnogość interpretacji, przy której – odważę się to powiedzieć – oryginalne sezony wypadają jak przedszkolna rozprawka. Uwielbiam robotę aktorów – uważam że Kyle MacLachlan za odegranie wszystkich „wariantów Coopera” powinien dostać dokładnie tyle Oscarów, ile postaci odegrał. Ale też na wyżyny aktorskich możliwości wspięli się wszyscy. Nowy kasting okazał się wręcz mistrzowski – z absolutnie fantastycznymi rolami Jima Belushi i Matthew Lillarda włącznie, których nigdy nie podejrzewałbym o to, że pamiętając ich komediowe emploi mogliby mieć coś wspólnego z Lynchem. A ten nie dość że dostrzegł w nich potencjał do zaproszenia ich do świata Twin Peaks, to jeszcze tak przepięknie się w nim rozgościli (wspomniałbym jeszcze o przecudownej Naomi Watts, ale powszechnie wiadomo że to aktorski geniusz). Być może nowe postaci nie są tak ikoniczne jak te z lat 90-tych, ale i tu mam swych ulubieńców (Candie <3 <3 <3). Płakałem przy ostatniej scenie z Log Lady – nie jestem filmoznawcą, ale nie sądzę, by kiedykolwiek uwieczniono na taśmie filmowej piękniejsze pożegnanie tak z postacią, jak i z aktorką ją grającą (warto odnotować, że większość odcinków jest dedykowana pamięci aktorów związanych ze światem Twin Peaks, których nie ma już z nami – chyba nie przypadkiem mój ulubiony odcinek jest dedykowany Davidowi Bowiemu). Uwielbiam (już) te występy muzyczne pod koniec odcinków, które wcześniej kojarzyły mi się z formułą talk-show’ów – ale o samych piosenkach pisałem już w recenzji soundtracku. A co tam – nawet Dougiego uwielbiam i nie wyobrażam sobie Twin Peaks bez niego! Myślałem że nic nie przebije zakończenia drugiego sezonu… do czasu emisji zakończenia trzeciego sezonu. Oglądałem ten finał dosłownie kilkadziesiąt razy i za każdym jebanym razem przechodzą mnie dreszcze graniczące z paraliżem.

Moje prywatne śledztwo w sprawie Coopera trwa od czasu kiedy pierwszy raz obejrzałem oryginalne sezony w połowie lat 90-tych. Przeczuwałem że nie zakończy się ono wraz z trzecim sezonem i nie myliłem się – zamiast tego jest jeszcze więcej pytań (jakie to szczęście, że żyjemy w czasach internetu i swobodnego wymieniania spostrzeżeń). Ale jestem przekonany, że dla Lyncha i Frosta trzeci sezon stanowi zakończenie historii. Być może franczyza TP będzie żyła, choćby za sprawą kolejnych książek Frosta (tylko czy bez udziału Lyncha będzie można je zaliczać do Kanonu?). Nie wierzę jednak w powstanie czwartego sezonu i powiem szczerze – nawet na niego nie czekam. Jeszcze przy okazji mogliby w końcu odpowiedzieć na jakieś pytania, a tego by Lynch absolutnie by nie chciał.

Być może ktoś zdesperowany dotarł do tego miejsca wpisu, więc z litości tylko w skrócie o dwóch wątkach pobocznych:

  • dodatki – trochę ich się nazbierało. Najciekawsze to oczywiście kilka godzin materiałów zza kulis. O ile przyswoimy ciut pretensjonalną formułę ich reżysera, to czeka nas wiele dobrego. Przede wszystkim – zobaczymy, jak wiele energii poświęcił Lynch na stworzenie tego sezonu. Bo mówimy praktycznie o równowartości dziewięciu filmów pełnometrażowych! A też widać wyraźnie w jakim wieku jest Lynch. Przede wszystkim jednak bije po oczach jego Miłość do świata Twin Peaks – chyba nie jest przypadkiem, jak wielką rolę w nowym sezonie odgrywa grany przez niego Gordon Cole
  • tłumaczenie polskie – NIE POLECAM. Wiadomo że materiał wyjściowy stanowił spore wyzwanie. Ale jeśli ktoś tłumaczy „it’s a piece of cake” jako „to kawałek ciasta” (fragment jednego z materiałów zza kulis, który zacząłem oglądać na samym początku maratonu) to dla mnie to czysta dyskwalifikacja. A niestety rodzynków tego typu jest więcej. Mam świadomość że nie każdy zna język angielski, ale tymi tłumaczeniami można sobie wręcz krzywdę zrobić

najlepszy moment: WIADOMO / ALE TO TEŻ MUSI TU SIĘ ZNALEŹĆ

ocena: no ile byście dali?

Leave a Reply