rageman.pl
Muzyka

Slayer

gdzie: Atlas Arena, Łódź

kto: Slayer, Lamb Of God, Anthrax, Obituary

 

Prawdopodobnie najważniejszy koncert sezonu 2018 za nami. (Prawdopodobnie) ostatni koncert Slayera na polskiej ziemi. I nawet jeśli miałoby się okazać, że jednak jeszcze tu zagrają, albo nawet odwidzi im się rozwiązywanie zespołu (oby!!), to na koncercie w Atlas Arenie zwyczajnie TRZEBA było być. Dla mnie to był pierwszy ich koncert, ale jestem w stanie uwierzyć bardziej doświadczonym w bojach ziomkom, dla których to była najlepsza polska sztuka Slayera ever.

Zacznijmy jednak relację od obowiązkowego FUCK YOU dla Live Nation. To nawet już nie chodzi o oderwane od rzeczywistości ceny biletów, bo w porównaniu z tym ile sobie zażyczyli za sprowadzenie do Polski emerytalnego show Phila Collinsa to fani Slayera nie mieli jeszcze tak źle (zwłaszcza że dostali taki pakiet supportów że można mówić o mini festiwalu). Ale machloje ze sprzedażą biletów, te wszystkie opcje Platinum i Golden Circle na cały stadion itp itd – ktoś tu w końcu powinien przywołać ich do porządku. Wisienką na torcie jest zaś to, że ktoś wpadł na genialny pomysł, by na najbardziej metalowym koncercie jaki można sobie wyobrazić sprzedawać wyłącznie piwo bezalkoholowe. Tu już nawet Monty Python się wdziera. Ja rozumiem, że kombinacja alkohol+metal+Polska nie jawi się najbezpieczniejszą mieszanką świata, no ale JA PIERDOLĘ. W dwudziestym pierwszym wieku, serio?

Tyle gorzkich dygresji. Jak zostało napisane, finalna trasa pionierów thrashu może być też rozpatrywana jako mini-fest. I to z całkiem sensowną selekcją. Na pierwszy ogień poszła reprezentacja nurtu death-metal, który chyba jak żaden inny gatunek spod znaku najcięższych gitar ma dług wdzięczności u Slayera. Inna sprawa, że Obituary, o których mowa, to niemal rówieśnicy Kerry’ego Kinga i spółki, także w ich wypadku nie zagalopowywałbym się z tymi długami. I chociaż akurat po nich spodziewałem się najmniej, bo w ich gatunku miałem zdecydowanie innych faworytów, to finalnie jak na mój gust wypadli najefektywniej. Przepiękna rzeź, a co chyba najważniejsze – (wciąż) brzmiąca niezwykle świeżo.

Czego nie da się niestety powiedzieć o kolejnym w zestawie Anthraxie. Zespół niemal zgodnie wymieniany przez fanów metalu jako najsłabsze ogniwo wielkiej czwórki thrash metalu, po powrocie Joyego Belladonny zatoczył koło, co jest jednocześnie dobre – bo grają to co kochają oni i ich fani, i złe, bo grają dokładnie tak jak w latach 80tych. A przecież był czas, że wydawali się być najbardziej progresywnie myślącą kapelą, otwartą na inne gatunki. Sławetnego „Bring The Noise” oczywiście nie było, bo bez udziału Public Enemy wykon live tegoż traci rację bytu, podobnie jak „I’m The Man” czy innych oznak flirtu z rapem. Być może w innych okolicznościach byłbym podjarany, bo naprawdę lubię ten zespół, ale po tym co zafundowali Obituary show skądinąd uber sympatycznego Scotta Iana z zespołem trącił skamieliną.

Czas na ostatni support. Slayer chyba jak żaden inny zespół thrashowy (wliczając w to nawet Metallikę) zaskarbił sympatię i respekt zawodników Nowego Metalu. I choć Lamb Of God to nie System Of A Down, dla którego fani Slayera nie mieli litości 20 lat temu w Spodku, to ich obecność w line-upie również mogła oburzyć tych, dla których metal skończył się dekady temu. Jak na mój gust nie ma w tym zespole żadnej wybitności, co najwyżej określiłbym ich najbardziej pojętnymi spadkobiercami Pantery, ale trudno cokolwiek zarzucić występowi jaki dali w Łodzi. Była energia, był kontakt z publiką, był MOSH i był na samym końcu „Redneck”, najbardziej znany i chyba najlepszy utwór z repertuaru. Z rozgrzania publiki przed tym, co miało za chwilę nastąpić, wywiązali się bardzo dobrze.

O ile sam setup instrumentalny niewiele został zmieniony pod kątem gwiazdy głównej, tak wiadomo było że sama opcja płachty z logo zespołu jako scenografii nie przystoi takiemu zespołowi jak Slayer. I rzeczywiście, już na intro zafundowali nam grę świateł z krzyżami (nie muszę chyba dodawać, że odwróconymi) i pentagramami w roli głównej. Na finał wprowadzenia odsłonięcie wielkiej płachty z grafiką z ostatniego albumu „Repentless”. Ma to sens, bo właśnie tytułowy utwór słyszymy jako pierwszy. Rzeź od początku, tak na scenie, jak i wśród publiczności (na trybunach wyglądało to trochę gorzej, ale można wybaczyć – nawet fanów Slayera czas się ima). Płachta kilkakrotnie się zmieniała, ale jeśli chodzi o aspekt wizualny to rzecz najważniejsza do podkreślenia – w życiu nie widziałem takiej ilości pirotechniki jak na tym koncercie. Żadne tam ramsztajnowe fajerwerki – to był OGIEŃ. Co w połączeniu z Muzyką dawało najprawdziwsze wrażenie wstąpienia do Piekła. I jak tak to tam wygląda, to mogę od raz pominąć Sąd Ostateczny.

Nie ukrywam, że jestem absolutnym fanem nowych dokonań Slayera, a mój ulubiony album to „God Hates Us All”. Z tego powodu najbardziej czekałem na „Disciple” i doczekałem się go już jako trzeci numer w setliście. I pewnie byłby to mój absolutnie najważniejszy moment wieczoru, gdyby nie to, że jednak tej końcówki Araya wokalnie ciut nie dociągnął. Inna sprawa, że na jutubie widziałem znacznie gorsze wykonania, a mówimy o naprawdę wokalistyce na najwyższym metalowym poziomie. Poza tym drobnym „incydentem” zarzutów do któregokolwiek z muzyków brak. Chyba że ktoś oczekiwał dialogów typu „Kocham Cię Polsko”. Ale było blisko, bo pod sam koniec, kiedy żegnali się z publiką, Araya przeczytał z kartki łamaną polszczyzną „Będę tęsknił za wami”. I ja wierzę w szczerość i spontaniczność tego wyznania. Nawet Kerry King, typ z którym niekoniecznie chciałbyś iść na wódkę, wydawał się pełen podziwu dla publiki. Jasne, fajnie byłoby zobaczyć Slayera w oryginalnym składzie. Wiadomo jednak, że technicznie jest to niemożliwe. Apropo – wzruszenie na koncercie Slayera wydaje się abstrakcją, a jednak – piękny gest z tym heinekenowym logiem Jeffa Hannemana na finalnym „Angel Of Death”. Nieuczciwie byłoby sprowadzać Gary’ego Holta do roli zastępcy Jeffa, skoro został pełnoprawnym członkiem zespołu, grającym na ostatnim albumie. A kiedy słyszę grę Paula Bostapha na perkusji, to trudno mi czuć tęsknotę za Davem Lombardo.

Piosenki? Jakie piosenki? OK, z kronikarskiego obowiązku – większych zaskoczeń zabrakło, trudno by na finalnej trasie nie odgrywali swojego best ofu. Najwięcej załapało się z „Season In The Abyss”, włącznie oczywiście z utworem tytułowym. Trochę zasmucił fakt, że jako jedyny album (coverowy „Undisputted Attitude” i EPkę „Eternal Pyre” pomijam) żadnego reprezentanta nie miał „Diabolus In Musica” – rozumiem że mało chwalebne inspiracje nu-metalem i że Lombardo nie chciał się zbliżać do tego albumu na odległość kija od szczotki, ale Bostaph? Im bliżej końca tym robiło się coraz bardziej klasycznie, a „bis” (bo właściwie niespecjalnie zwlekali z ponownym wejściem na scenę) to już kombinacja po której nie było czego zbierać. „South Of Heaven”, „Raining Blood” (trochę mi się marzył „deszcz z krwi”, ale rozumiem że nie chcieli już szarżować tym patentem), „Chemical Warfare” i wspomniany „Angel Of Death”.

Czy mogli wykonać ten repertuar lepiej? Nie mogli, zwłaszcza jeśli uwzględni się biologię i metrykę, których nie da się oszukać. Czy mógł ten repertuar zabrzmieć lepiej? Z mojego miejsca nie narzekałem. Czy czegoś NAPRAWDĘ zabrakło? Chyba tylko gremialnego „SLAYER KURWAAAAAAA”. A poza tym wszyscy zdrowi i szczęśliwi.

 

najlepszy moment: –

ocena: 9,99/10

Leave a Reply