Travis Scott
kto: Travis Scott, Yung Lean
Sporo w tym roku było koncertów, ale żadnego rapowego. Nadrobiliśmy tę zaległość sięgając po najwyższą półkę.
No właśnie – jak to się stało, że Travis Scott się na niej znalazł i kiedy? Kiedy układane są przez mniej lub bardziej poważne podmioty listy najlepszych raperów, nasz główny bohater rzadko się na nie załapuje, a co dopiero na czołowe miejsca. Bo rzeczywiście, raperem wybitnym nie jest. Ale na tej samej zasadzie – nie przepraszam oburzonych – Bob Dylan nie jest wybitnym wokalistą, choć śpiewa. Tu chodzi o co innego. Jako że chłopak niemal od początku kariery jest w Sony Music, miałem okazję obserwować jej rozwój od jej początkowych etapów. I było to jakieś – skrajnie newschoolowe, ale jednocześnie w morzu coraz większej bezpłciowości nowej fali rapu wyróżniające się, wręcz inspirujące. Wciąż myślałem jednak, że jest to ciekawostka dla wybranych. Jak się okazało, niekoniecznie – chłopak cegiełka po cegiełce budował swe rapowe imperium, które rozbłysło w całej okazałości na wysokości „ASTROWORLD”, płyty już dziś klasycznej. Za sukcesem artystycznym poszedł też komercyjny – i to mierzony nie tylko w streamach, ale też ilości festiwali własnego imienia. Niestety jeden z nich zakończył się tragicznie i śmiertelnie – a głównym winowajcą uznano nikogo innego jak jego ojca założyciela. Czy słusznie – to już temat na inną dyskusję, faktem jest natomiast że po tych wydarzeniach usunął się on w cień, niektórzy nawet wieszczyli koniec kariery. Ta zaś nie tylko się nie zakończyła, ale osiągnęła peak albumem „UTOPIA” – w moim mniemaniu nawet jeszcze lepszym niż poprzednik, który gdybym wcześniej go załapał to na pewno znalazłby miejsce w podsumowaniu 2023 roku.
I w ramach promocji tejże „UTOPII” TS przyjechał do Polski – na pierwszy niefestiwalowy gig. Niektórzy mieli wątpliwości czy to już ten etap popularności w naszym kraju, by samemu zapełnić niemały przecież obiekt. Obawy nie tylko okazały się niesłuszne, ale też niepotrzebne – bo jak wszedłem na salę główną Taurona, zrozumiałem czemu ten koncert zwyczajnie nie mógłby się odbyć na festiwalu. Trochę koncertów w życiu doświadczyłem, także tych dużych i spektakularnych, ale muszę przyznać że to była jedna z najciekawszych „scen” jakie widziałem. Otóż całość miała formę skalistego wybiegu – od dołu otoczonego barierkami pilnowanymi przez ochronę. Jej cztery kluczowe fragmenty to jej koniec o kolistym kształcie (Yung Lean, będący tego dnia supportem, ograniczył swoje przemieszczanie się tylko do tej powierzchni), środek z dodatkową ruchomą platformą (która się przydała np. na „MY EYES”), tuż obok konsoleta dj’a i hypemana zarazem i początek, z dodatkową „górką” i telebimem z wizualizacjami za nią. Dodam też, że przed koncertem, zamiast tradycyjnej playlisty piosenkowej leciał loop z odgłosami lasu. Jednym słowem – Koncept, jak najbardziej dopracowany.
Punktualnie – co takie oczywiste w przypadku rapowych artystów nie jest (pozdro Nicki Minaj) – o 21.30 na scenę wbiegł ON, zaczynając „HYENĄ” i poprawiając „THANK GOD”. Jeśli komuś nie siadła „UTOPIA” – a znam takie osoby – to mógł być setlistą tego koncertu niepocieszony/a, bo wybrzmiała ponad połowa utworów z tego albumu. Biorąc pod uwagę co wcześniej napisałem o ostatnim dziele Scotta – ja byłem więcej niż zadowolony. Choć oczywiście miło było usłyszeć takie klasyczki jak „BUTTERFLY EFFECT”, „SICKO MODE” czy „Nightcrawler” (na „goosebumps” się niestety nie załapałem, wygrał rozsądek podpowiadający że wyjście z wszystkimi oznacza stanie w godzinnym korku), choćby we fragmentach. No właśnie – koncerty rapowe rządza się swoimi prawami, tu nikt nie oczekuje że piosenki wybrzmią w całości jak na płytach. Pierwszy refren, cięcie, lecimy dalej. Nikt nie ma też problemu z obecnością cudzych utworów – zwłaszcza jak mówimy o utworach w ktorych Travis featował („Type Shit” Future’a, „Aye” Lil Uzi Verta, „BACKR00MS” Playboi Cartiego). A jeśli ktoś miał problem z pięciokrotnym odegraniem „FEIN” to chyba naprawdę pomylił koncerty. Takie właśnie rzeczy tworzą koncert, tworzą Momenty. Jak też zaproszenie z tłumów dwóch dzieciaków na scenę i wspólne wykonanie „sdp interlude”. Czy morze świateł na „WAKE UP”. A przede wszystkim – nieustające pogo, jakie tylko fani metalu znają.
Właśnie – jak ktoś doświadczył tego koncertu, to przestanie się dziwić że Travis paraduje w koszulkach Sick Of It All czy Limp Bizkit. Zupełnie inne środki wyrazu, ale energia porównywalna. No i co najważniejsze, co też jak np. pokazuje Clout Festival – wszystko to bez ściemy, z podłączonym mikrofonem. Choć trudno w to uwierzyć jak człowiek sobie uzmysłowił, że chłop ani razu nie wziął łyka wody, chyba że w zaplanowanej przerwie po „CIRCUS MAXIMUS”.
Co tu dużo mówić – chłop pozamiatał i w pełni udowodnił, że nie znalazł się w miejscu w którym jest. Kapitalny koncert, a zarazem być może ciekawy przedsmak tegorocznego Clouta, który już za tydzień.
najlepszy moment: FEIN
ocena: 9/10
