rageman.pl
Muzyka

Metallica

gdzie: PGE Narodowy

kto: Metallica, Mammoth WVH, Architects, Ice Nine Kills, Five Finger Death Punch

 

Nie będę ukrywał, że większość koncertów na które chodzę wynikają z pewnego, nazwijmy to, pracowniczego uprzywilejowania. Skoro jest taka możliwość to korzystam – można powiedzieć że w pewien sposób zatoczyłem koło, bo tak jak lata temu nie było dnia bez koncertu (o czym archiwum tego bloga poświadczy), w pewnym momencie nastąpiło zmęczenie materiału i zupełnie odpuściłem tę formę obcowania z muzyką. Jest też lista wykonawców, których zobaczenie na żywo stanowi mój cel. Szczęśliwie, co jakiś czas udaje się jakąś pozycję odhaczyć, przez co lista ta jest coraz krótsza. Kryteria kolejności na niej nie są szczególnie precyzyjne – trochę decyduje sympatia własna do wykonawcy/zespołu, a trochę jego status – tj. czy powinno się (lub nawet czy wypada) go zobaczyć. Tak się jakoś złożyło, że na czele tej listy, a przynajmniej w czołówce, zawsze znajdował się jeden zespół. W ten weekend udało się i tę pozycję wykreślić – i to podwójnie.

Żeby nie było – nie jestem wychowany na Metallice, nie znam jej albumów na pamięć, ostatnich dokonań nawet nie przesłuchałem w całości. Jest to jednak case podobny do Depeche Mode – te piosenki towarzyszą mi od zawsze, są fundamentem mojego jestestwa jako fana muzyki. No i powiedzmy sobie wprost – dla muzyki metalowej ten zespół jest tym, czym Led Zeppelin dla rocka, a The Beatles dla muzyki jako takiej. Podstawa absolutna. Plus, co nie jest bez znaczenia, w materii koncertowej to także czołówka ligi. I chociaż będę twierdził, że metal generalnie najlepiej się sprawdza w klubach, to z drugiej strony mając słabość do dużych, stadionowych koncertów, opcja zobaczenia legendy metalu w takich okolicznościach wydała mi się jeszcze atrakcyjniejsza niż gdyby miała to być arena bądź festiwal. Zapomnijmy na chwilę, że mówimy o Stadionie Narodowym, gdzie więcej nie słychać niż słychać.

Jak to się stało że dopiero teraz zobaczyłem ich na żywo, choć do Polski przyjeżdżają w miarę regularnie już od 40 lat? Jakby to powiedziała Viki Gabor – ajdonnou! Tzn. trochę wiem – nigdy nie byłem typem człowieka, który z zegarkiem w ręku czekałby na rozpoczęcie sprzedaży biletów na jakiś koncert (są wyjątki, choć dość nieliczne). Będą to będą, nie to nie, następnym razem. W końcu ten następny raz nastąpił, nawet jeśli tym razem dopomogło szczęście i zbieg okoliczności. I cieszę się, że nastąpił właśnie teraz, przy tej trasie.

Bo jak zapewne jako fani muzyki wiecie, Metallica nie gra zwykłych tras promujących ostatni album. Tu musi zawsze być dodatkowy smaczek, kontekst. Były już koncerty z setlistami opartymi w całości na konkretnym albumie, były z setlistami układanymi przez fanów, to może czas na… koncerty z unikalnymi setlistami? Wspaniale, przecież Pearl Jam wyznaje taką filozofię koncertowania od długiego czasu, przez co wychował sobie tabuny fanów jeżdżących za nimi po całym świecie. Metallikowy „No Repeat Tour” okazał się jednak lekką ściemą. Bo owszem, każdy przystanek na trasie to de facto dwa koncerty w odstępie dwudniowym, każdy z całkowicie inną setlistą. Tyle że obie setlisty to są (z drobnym różnicami) powtórki z tego co grali w innym kraju. Innymi słowy – jeśli ktoś liczył że usłyszy np. dawno nie słyszany na koncertach albumowy deep cut to mógł się rozczarować. Patrzmy jednak na to z pozytywnej strony – otrzymaliśmy jeden wielki koncert, rozłożony na raty. A że kosztujący jak dwa koncerty… jeszcze raz – patrzmy na pozytywy.

Z pozytywów więc – zespół jest w świetnej formie. Oczywiście pisząc to mam na myśli wokal Hetfielda. Co jakiś czas lubię zajrzeć na YouTube’a i odpalić np. relatywnie świeże koncertowe wykony, w tym Metalliki. No i, delikatnie rzecz ujmując, nie były to przyjemne konfrontacje – raczej z tych zawstydzających czy wręcz smutnych. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że mówimy o koncercie na obiekcie gdzie jak słychać co wokalista śpiewa to już jest duży sukces, niemniej naprawdę brzmiało to przyzwoicie. O aspekcie instrumentalnym nie ma co wspominać, tu wątpliwości nigdy nie było… no tak, poza Ulrichem. Także na tych koncertach miałem wrażenie, że kilka razy nie nadążył. Ale przecież właśnie za to kochamy (lub kochamy nienawidzić) tego człowieka, prawda?

Skoro mowa o brzmieniu – oba koncerty widziałem z dwóch różnych miejsc, pierwszy z trybun a drugi z płyty. Zakładając, że nagłośnieniowcy nie kombinowali z ustawieniami w trakcie przerwy między jednym a drugim koncertem, to o ile z trybun to brzmiało ok, ale bez szału, tak już na samej płycie było prawie tak, jak powinno być regułą na tym obiekcie. Nie dotyczy to supportów, z obu dni – tu właściwie trudno było odróżnić jedną piosenkę od drugiej. I nie była to wina piosenek.

Zostańmy po pozytywnej stronie postrzegania świata – o ile po koncercie Eda Sheerana narzekałem, że średnio potrafi wykorzystać potencjał stadionu, tak w przypadku Mety cieszę się, że postawili na minimalizm. O ile nie liczyć tych ośmiu pionów z telebimami rozstawionych wokół sceny. A właściwie nie sceny, co słynnego już snake pitu – którego formuła jest tak świetna w swej prostocie że nie ma się co dziwić że trzymają się jej tyle lat. Jasne, kiedy słyszysz swój ulubiony numer to wolałbyś żeby żaden z muzyków nie stał do Ciebie plecami. Ale wciąż jest to najsprawiedliwsze rozwiązanie z możliwych. Zwłaszcza, że nie dotyczy to tylko wiosłowych, ale także teoretycznie mało mobilnego, zdawałoby się, instrumentu jakim jest perkusja.

Który koncert zatem był lepszy? Jedyne kryterium które pozwalałoby któryś z koncertów postawić nad drugim jest to, które piosenki wolisz. Powiem tak – wspaniale było usłyszeć na pierwszym koncercie „Nothing Else Matters”, „Sad But True”, „Fuel” (tu wyjątkowo pojawiła się pirotechnika, co miało sens biorąc pod uwagę tematykę utworu), „Seek & Destroy” (tu zaś zaczęły wśród publiki latać olbrzymie piłki z logiem zespołu, chyba bez większego związku z tematyką piosenki) a przed wszystkim „Master of Puppets” – obiektywnie być może najlepszy utwór Mety. Ale gdybym miał wskazać ulubione piosenki kalifornijskiej czwórki, to zdecydowana większość zabrzmiała w niedzielę. „Wherever I May Roam”, „For Whom The Bell Tolls” czy „Welcome Home (Sanitarium)”, a przede wszystkim końcówka koncertu. „One” (tu pirotechnika wjechała na jeszcze wyższy poziom, oddając klimat wojenny – niby proste w gruncie rzeczy środki, ale jak to żre, o rany), a zwłaszcza jego druga część, to jest taki utwór który po prostu trzeba usłyszeć na żywo – w tym momencie jest to mój ulubiony moment jaki przeżyłem na jakimkolwiek koncercie. No a „Enter Sandman” (znów do gry wjechały piłeczki) to taki crowd pleaser, że zadowoli nawet tych, co na koncert Metalliki przyszli przypadkiem. Doceniam także obecność mniej oczywistych rzeczy – bo o ile „No Leaf Clover” zdarza im się grać, nawet jeśli rzadko, to dość regularnie, tak już mój ukochany utwór z „najntisowego” okresu, „Until It Sleeps”, grali dopiero drugi raz w tym roku, a siódmy od 2008 roku! Gdyby tak jeszcze zagrali „I Disappear”… ale to już byłoby jak przynajmniej piątka w Lotto. Oczywiście była mocna reprezentacja ostatniego „72 Seasons” (na żywo zyskują, ale moim zdaniem to typ albumu nagrany tylko by udobruchać fanów nową muzyką) i „Moth Into Flame” (znów pirotechnika) z poprzednika. O dziwo zupełnie nic z „Death Magnetic” i, tu zaskoczeń brak, z „St. Anger”. Trochę szkoda że zabrakło jakichkolwiek coverów („Die Die My Darling” to byłoby coś!)… ale przecież nawet już nie muszę wspominać że dostaliśmy „Kocham Cię, Kochanie Moje”, bo już cała Polska o tym wie. Oczywiście nie jest to aż tak szokujące – bo duet Rob & Kirk to już stały punkt programu koncertów Mety, na wcześniejszych koncertach w Polsce grali Niemena czy Dżem. Niemniej formuła wciąż daje mnóstwo frajdy, więc niech się jej trzymają – zwłaszcza że te covery paradoksalnie lepiej wypadają niż autorskie utwory duetu – na pierwszym koncercie otrzymaliśmy wykonanie autorskiej miniaturki „Back To Warsaw”, przy której myślę że wszyscy mieli nadzieję, że właśnie tą miniaturką już pozostanie.

Tak, koncerty Mety to nie tylko metal, to nie tylko ogień, ale to przede wszystkim mnóstwo frajdy nie tylko po stronie publiki, ale też i samego zespołu. Widać i czuć, że ta czwórka facetów naprawdę się lubi i lubią to co robią. Wciąż im się chce, wciąż kombinują jak urozmaicić te koncerty. Czy jest to przedsiębiorstwo? Jasne, wręcz korporacja. Ale korporacja, do której kochasz przychodzić, z którą się identyfikujesz i w której czujesz się jak w domu. Przed koncertem trochę zdziwił mnie jak ogromny procent koszulek publiki dedykowany był gwiazdom wieczoru. Ale po wszystkim zrozumiałem to w pełni – tak, być może fani Metalliki słuchają tylko Metalliki. Ale słuchanie Metalliki to nie jest tylko słuchanie, ale cały zakres obowiązków wynikający z bycia fanem. Full time job? Raczej styl życia.

Jeszcze szybciutko o supportach:

Mammoth WVH – Wolfgang Van Halen sprawia wrażenie sympatycznego kolesia, ale trudno mi pozbyć się wrażenia że niekoniecznie by grał przed Metalliką gdyby jego ojcem był ktoś inny. Ot, taki alternatywny metal/hard rock/chuj wie co. Można posłuchać, ale też trochę po co?

Architects – jak dla mnie najciekawszy z supportów, chociaż może niekoniecznie najbardziej pasujący do tej roli. Metalcore, ale w wykonaniu Brytyjczyków – może przez to nie tak nachalnie melodyjny niż to kiedy uprawiają ten gatunek Amerykanie. Nie przerosła ich duża scena, ale wszyscy czuli że to jest granie do klubu, gdzie fani w ekstazie skaczą ze sceny i łażą po suficie.

Ice Nine Kills – przyznam szczerze, że ta nazwa raczej obijała mi się o oczy aniżeli uszy, i to chyba niekoniecznie w pozytywnych kontekstach. Są takie zespoły które mimo tego że grają pełnoprawny metal lub hard rock to mają średnie poważanie wśród entuzjastów gatunku. I do tego grona, z tego co widziałem, jest zaliczany INK. Po koncercie zrozumiałem dlaczego. Ja rozumiem konwencję horrorową, zresztą dość często spotykaną w muzyce metalowej. Ale te zombiaki biegające po scenie, kolesie z piłami mechanicznymi… Jeśli w zamierzeniu miało być to cheesy to super, udało się w pełni. Ale jeśli miało to w jakimkolwiek stopniu rzeczywiście wystraszyć to sorry ale nie. Muzyka? A, też była. Takie zespoły jak INK podaje się jako przykład nu metal revivalu, ale jak dla mnie to jeszcze bardziej lajtowa wersja amerykańskiego metalcore’a. Można posłuchać, ale też nie do końca wiem po co.

Five Finger Death Punch – zdecydowanie najlepiej przyjęty support, czemu zresztą nie ma się co dziwić. Mówimy o zespole, który sam od długiego czasu funkcjonuje jako headliner koncertowy i to na sporych obiektach, także w Polsce. I z jednej strony rozumiem skąd wynika ich nienajlepsza prasa. Ale muszę przyznać, że lubię to ich granie. Jeden z moich ulubionych komentatorów na YT, Finn McKenty, zdefiniował niemal idealnie fanbazę 5FDP – kolesie których wyszło zarówno w życiu zawodowym, bo managerują w korporacjach, jak i w życiu prywatnym, bo wiążą się z zawsze chętnymi laskami. Dodatkowo całkiem nieźle idzie im na siłowni, a przy tym wszystkim słuchając takiego metalu jak w wykonaniu 5FDP wciąż uważają się za buntowników. Mimo iż zupełnie nie jestem w targecie – nieironicznie propsuję.

 

najlepszy moment: ONE

ocena: 9,5/10

Leave a Reply