rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: Shifty Shellshock (23.08.1974-24.06.2024)

Zaraz… co?

OK, postawmy sprawę jasno – nie zamierzam przekonywać Was, że, w wymiarze artystycznym, mówimy tu o jakiejś niepowetowanej stracie. Nie mówię też, że dowodzony przez Shifty’ego Crazy Town był, najobiektywniej rzecz ujmując, dobrym zespołem. Ale zamierzam umrzeć na tym wzgórzu broniąc tezy, że był lepszym zespołem niż tym, jak historia świata ich zapamiętała. I jeśli wierzyć w światy równoległe, to jestem przekonany że w jednym z nich Crazy Town wciąż spokojnie sobie funkcjonuje, bez milionowych nakładów, ale bez hejtu i pogardy jaki się od prawie 25 lat na nich wylewały. Świat, w którym nie wydano na singlu „Butterfly”.

Bo kiedy wydawano w 1999 roku debiutancki album „The Gift of Game”, promowany był on takimi numerami jak „Toxic” czy”Darkside” – nie wybitnymi, ale wciąż całkiem przyzwoitymi trackami na pograniczu rap rocka i nu metalu. Owszem, na klipach była solidna przewózka, widać było że młodszy z dwóch raperów lubi podobać się dziewczynom, ale przecież takie były czasy, te numetalowe. Przy czym warto jeszcze raz podkreślić datę wydania – było to na długo przed debiutem Linkin Park i drugiej, znacznie bardziej komercyjnej fali numetalu (i tu będzie fun fact – „Hybrid Theory” i „Butterfly” wydano dokładnie tego samego dnia; można więc uznać 24-ego października 2000 za datę narodzin tejże nowej fali). Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, że to de facto m.in. oni dali mainstreamowi numetal, nawet jeśli Limp Bizkit i Korn już na tym etapie lądowali na szczytach list sprzedaży. Niestety mój przyszły pracodawca, Sony Music (a konkretnie Columbia Records) nie było zadowolone z wyników sprzedaży. Spojrzeli jeszcze raz na tracklistę albumu w poszukiwaniu singla który odmieniłby tendencję sprzedaży i znaleźli – utwór stworzony trochę dla zgrywy, trochę jako swoisty relief na w gruncie rzeczy gitarowym albumie. Świadomie mało ambitny, oparty na pięknie wyłuskanej z płyty Red Hot Chilli Peppers zagrywce gitary Johna Frusciante.

Czy „Butterfly” jest dobrym utworem? A jaka jest definicja dobrego utworu? Jedno o tym utworze wiem na pewno – 240 milionów odtworzeń na YT i 440 milionów na Spotify nie bierze się znikąd. Oczywiście, nie twierdzę że ilości przesłuchań świadczą o jakości dzieła muzycznego. Ale takie liczby należy traktować z szacunkiem. Bo by stworzyć earworma, którego de facto wychował całe pokolenie millenialsów i który do dzisiaj jest słuchany (i tańczony!), należy mieć jednak jakiegoś kompozycyjnego skilla – nawet jeśli w sporej mierze ta kompozycja jest zasługą zupełnie innego zespołu. Ale czy „Juicy” The Notoriousa B.I.G. nie jest wybitne na własnych zasadach, nawet jeśli też w całości oparty na samplu? No właśnie.

Dlatego też twierdzę, że nawet samo nagranie i puszczenie do promocji „motylka” nie było złym pomysłem. To co zabiło ten zespół to było nagranie teledysku do niego.

Tu już niestety przekroczono granicę zgrywy. Powiedzmy sobie szczerze – sporo teledysków numetalowych, zwłaszcza wspomnianej drugiej fali, słabo się broni po latach. Ale chyba nie powstało w tym gatunku nic tak kiczowatego jak klip do „Butterfly”. I być może była jeszcze szansa by się panowie ogarnęli, ale pogrzebali ją ostatecznie kolejnym (i ostatnim z debiutu) singlem „Revolving Door”. Tu sampla z RHCP nie było, ale był za to mało wyszukany rap i klip z willą i basenem. Oczywiście sama willa i basen w klipie nie musi być złe, ale jeśli nie widzieliście tego klipu (na co jest spora szansa), to nie róbcie sobie tej krzywdy.

Odtąd już była równia pochyła – wyjebanie z trasy Ozzfest po zaledwie dwóch tygodniach, porażka komercyjna (o tym że także artystyczna chyba nie muszę wspominać) drugiego albumu i rozwiązanie zespołu. Powrót, który niespecjalnie kogokolwiek obszedł – tu warto wspomnieć o tym, że podczas tego drugiego etapu działalności Crazy Town (a właściwie Shifty i towarzyszący mu muzycy, bo z oryginalnego składu tylko on się ostał) wystąpili aż dwa razy w Polsce. Za pierwszym razem w Zduńskiej Woli (tak, to nie żart), a za drugim już w większym mieście, tj. we Wrocławiu. Ale sądząc po nagraniu wiszącym na YT można śmiało wyciągnąć wniosek, że nawet przy tak nisko zawieszonej poprzeczce organizator niekoniecznie mógł być zadowolony ze sprzedaży biletów (jeśli takowe były).

Ale na tym klipie z koncertu we Wrocławiu nie smuci już nawet naoczny upadek komercyjny, co przede wszystkim upadek osobisty Shifty’ego – który zresztą trwał od czasu największych sukcesów CXT. Na pewnym etapie nawet postanowił monetyzować swoje uzależnienie, idąc do programów telewizyjnych gdzie wszyscy Amerykanie posiadający kablówkę mogli oglądać jak (nie) wychodzi z nałogu. Potem walczył z demonami już w prywatnym zaciszu, chociaż co chwilę wyłaziły nowe okoliczności pokazujące że jest więcej niż niedobrze – jak np. ta bójka z gitarzystą własnego zespołu, co zaowocowało wyrzuceniem z trasy z (hed) p.e. Tego pociągu zwyczajnie nie dało się już przywrócić na właściwe tory.

Także mam nadzieję, że w tej alternatywnej rzeczywistości zarówno zespołowi, jak i samemu Shifty’emu wiedzie się jak najlepiej. Nawet jeśli wciąż masakrują „New Noise” Refused.

Leave a Reply