Travis Porter – Mr. Porter
wydawca: DIY
W związku z nadchodzącą kilkudniową przerwą w dostawie recenzji – dziś bonusowa druga notka.
Co tam u naszych ziomeczków z Travis Porter słychać? Ano wrócili po niemal rocznej przerwie wydawniczej (a jeśli pominąć debiutancki album „From Day 1” to po półtorarocznej) z nowym mikstejpem… i jak na comeback to niestety trzeba mówić o rozczarowaniu. Niby wszystko się zgadza, to wciąż trapowa awangarda, co słychać w każdym z 21 utworów. Ale ze świecą szukać piosenek prawdziwie porywających,a nie tylko przykuwających uwagę. A przecież takowe im się zdarzały. Wymieniać co ciekawsze momenty nie ma sensu – za dużo ich. Ale momenty to są, no właśnie, tylko momenty, a nie całe piosenki. Ok, skoro muszę – właśnie w tle leci „Err Damn Day”, ten Sade’owy wokal w refrenie rzeczywiście jest świetny.
Może nie tyle cofanie się, ale zwolnienie ewidentnie słyszalne.
najlepszy moment: BADDEST (FEAT. MITCHELLE’L)
ocena: 6,5/10
