rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: Ray Manzarek (12.02.1939-20.05.2013)

Normalna rzecz, że ludzie umierają, także ci bardziej znani. Ale częstotliwość notek typu „In Memoriam” zaczyna mnie przerażać. A przecież i tak, co głupio ująć w takie słowa, wprowadzam pewną „selekcję” – piszę o Artystach, których twórczość ma dla mnie szczególne znaczenie. Z całym szacunkiem dla artyzmu i dorobku zmarłego kilka dni temu Marka Jackowskiego, ale nie potrafiłbym pisać o nim w takich „od serca” słowach jak o Hannemanie czy Chengu, bo Maanam po prostu nie był mi tak bliski jak Slayer czy Deftones.

O Manzarku muszę napisać, nawet jeśli złamię tym samym daną Wam wczoraj obietnicę przerwy w blogowaniu. Bo to autor całej masy miłych wspomnień sfery osobisto-sentymentalnej (imprezy typu flower-power, oglądanie „The Doors” na imprezach, naszywki w liceum itd.), ale przede wszystkim doznań artystycznych. Teoretycznie Manzarkowi łatwiej było zostać Królem w swej kategorii – wszak instrumenty klawiszowe wciąż stanowią w zdecydowanej większości przypadków zespołów rockowych jedynie dodatek do podstawowego instrumentarium gitara-bas-perkusja. A jednak Manzarek, w przeciwieństwie do np. także wybitnego Jona Lorda z Deep Purple, uczynił z klawiszy nie tylko integralny element brzmienia The Doors (przypominam – zespół, przynajmniej oficjalnie, nie posiadał basisty), on także swoją grą, swoim stylem zdefiniował archetyp rockowego klawisza. Muzyczny wzorzec na podobieństwo beatlesowskich harmonii wokalnych czy też Plantowskich „górek” wokalnych. A to już jest osiągnięcie niezależne od wielkości konkurencji. Ilekroć jednak słyszycie (zwłaszcza jeśli zajmujecie się recenzowaniem muzyki) w muzyce gitarowej partię klawiszy powłóczystych, dostojnych, także melancholijnych – nie ma możliwości, by skojarzenia nie biegły w stronę tego Pana. Wymienianie rockowych (i nie tylko) klawiszowców zainspirowanych Manzarkiem nie ma sensu – w grę wchodzi KAŻDY muzyk z tej kategorii.

Oczywiście są i aspekty, które dodatkowo wzmacniają sympatię do tego muzyka The Doors. O pierwszej dowiecie się z każdego artykułu dzisiaj mu poświęconego. Chodzi oczywiście o polskie korzenie (Manzarek to przerobiona forma Manczarka), co jednak szczególnie ciekawe – podkreślane przez niego nie tylko w ramach wizyt na koncertach w Polsce, ale także w muzyce – najlepszy przykład „Hyacinth House” z „LA Woman” z solówką inspirowaną „Polonezem As-Dur op. 53” Chopina (ale i „Riders On The Storm” z tej samej płyty wykazuje podobne inklinacje). Drugi wspomniany aspekt jest ważny już chyba tylko dla mnie – w „The Doors” Olivera Stone’a (filmie, którego swoją drogą Manzarek otwarcie nienawidził) klawiszowca The Doors gra mój ulubiony aktor, Kyle „Dale Cooper” MacLachlan!

Ostatnimi czasy sporo rzeczy rzucało jednak cień na legendę Manzarka. Przede wszystkim za duże przywiązanie do dziedzictwa The Doors, żeby nie powiedzieć żerowanie na nim, co zresztą doprowadziło do konfliktu z innym byłym muzykiem zespołu, Johnem Densmore’m, z finałem w sądzie. Sporadyczne występy pod starym szyldem z gościnnymi udziałami wokalnymi takich sław jak Eddie Vedder czy Scott Weiland były miłe, ale już projekt o nazwie The Doors Of The 21st Century wydawał się przegięciem. Nie da się ukryć, że wraz ze śmiercią Jima Morrisona ulotniła się także wena twórcza Manzarka – co słychać zarówno na albumach The Doors wydanych po śmierci kultowego wokalisty („Other Voices” i „Full Circle”), jak i w najświeższych eksperymentach (współpraca ze Skrillexem – serio?). Cóż, każdy może się pogubić, zresztą panowie będą teraz mogli sobie wreszcie wszystkie te rzeczy wytłumaczyć.

Leave a Reply