rageman.pl
Muzyka

Tori Amos – Little Earthquakes

rok wydania: 1992

wydawca: EastWest

 

i jak? obzarci? swieta swieta i po swietach. przetrwalismy, mozemy przejsc do porzadku dziennego.

bedzie jednak wciaz zimowo. i wciaz kobieco. wspomnielismy ostatnio o Tori Amos. skoro juz pare plytek tej Pani omowilem wczesniej, co mozecie sprawdzic w archiwum, to moze uzupelnijmy omowienie dyskografii tej Artystki o kolejne wydawnictwa.

eh, ja wiem ze tori amos to muzyka dla pizd i nawiedzonych humanistek, ale no co zrobie, bardzo lubie tworczosc tej Pani (czyli zem pizda, no bo nie nawiedzona humanistka). i chociaz staram sie na biezaco sledzic jej dyskografie (i robie to z przyjemnoscia) to nie da sie ukryc, ze moznabby zamknac temat TA na debiutanckim albumie. bo raz, ze moze i nie nagrywa wciaz tej samej plyty, ale jej styl raczej sie nie zmienia, nie jest muzycznym kameleonem jak, bo ja wiem, Madonna czy Pj Harvey. dwa, na „LA” jest zwyczajnie najlepszym albumem. jak to z debiutami zazwyczaj bywa.

niby to w zdecydowanej mierze wokale i pianino. aranzacje nie sa tak urozmaicone jak na pozniejszych albumach typu „To Venus And Back” czy „From The Choirgirl Hotel”. ale jest w tym wszystkim rockowy, czy po prostu alternatywny duch (co na dekade pozniejszych albumachnie bylo specjalnie oczywiste). wezmy taki „Precious Things”. gdyby opracowac na rockowe instrumentarium, to bylby jakis totalny hardcore czy punk. nerw w tym taki, ze az zyly wypruwa. zreszta, przypuszczam ze przy wokalnym podejsciu to musialy jakies naczynka popekac Tori na twarzy. a beat takiego „Crucify”? kojarzy sie niby ze zlotymi latami amerykanskiego hiphopu. ale takie Public Enemy czy NWA to tez w gruncie rzeczy byly rockowe w duchu rzeczy, wiec…

przyznam szczerze, ze o ile artysta nie wyspiewuje jakiegos totalnego belkotu, to do tekstow specjalnego znaczenia nie przywiazuje. sa wyjatki jednakowoz. jak np wlasnie ta plyta. tym bardziej, ze przy zrozumieniu tekstow ta muzyka zdecydowanie nabiera na wartosci, jeszcze wiecej w tym energii. spiewany acapella „Me and a gun” o probie gwaltu cudem przezytym przez Tori najoczywistszym przykladem. ale juz np „Winter” to mniej typowy przyklad. pod wzgledem instrumentalnym – ballada wrecz, bardzo minimalistyczna. ale dodajmy do tego ultraexpresyjny wokal i przede wszystkim tekst, traktujacy o trudnej relacji dziecka z ojcem i juz zupelnie inaczej kawalek jest odbierany. pod wzgledem mocjonalnym ten kawalek nie bierze jencow.

a moze najwazniejsze jednak w tej muzyce jest to, ze to jest kopalnia singli ktore moglyby rzadzic w niekoniecznie-alternatywnych-radiach? zreszta, tak tez sie wydarzylo – wprawdzie wytypowanie na pierwszy singel „Me And A Gun” to raczej ze wzgledu na tematyke byl strzalem w kolano, ale juz reszta kawalkow, jak „Crucify”, „Silent All These Years”, „Winter” czy „China” radzily sobie calkiem niezle. a przeciez „Girl” czy „Happy Phantom” tez na luzaku dalyby rade w mtv. polowe plyty wymienilismy, to chyba niezly wynik.

uwielbiam. tym bardziej ostatnimi czasy, kiedy z Tori niestety zaczelo dziac sie zle, tym bardziej lubie wrocic do tych czasow, kiedy naprawde mozna bylo ja, pomimo uzywanych diametrialnie innych srodkow wyrazu, postawic na polce obok Toola czy Nine Inch Nails.

 

najlepszy moment: WINTER

ocena: 9/10

Leave a Reply