Tool – Undertow
rok wydania: 1993
wydawca: Zoo Entertainment
No i mamy pełnowymiarowy debiut. Tu już nie ma beki, tu dzieje się historia. A początek to rip-off z Hiczkoka.
„Intolerance”. Boom! Właściwie niby wielkich zmian w stylistyce od czasu „Opiate” nie odnotowano. Wciąż nie-tak-klarowna produkcja, wciąż jest bardziej czad niż progresja. Tzn. nie to aby im później tego czadu zabrakło. Niemniej jednak tutaj w większości przypadków wystarczy im 5 minut by wyjaśnić o co chodzi. Choć też już przygotowują na to, co będzie się działo w przyszłości. Styl Toola zajawiony.
Przede wszystkim zaś – to chyba pierwsza i ostatnia płyta, o której można powiedzieć „przebojowa”, w tradycyjnym tego słowa rozumieniu. Np. taki „Prison Sex” – toć to przebój jak w mordę strzelił, riff do nucenia przy goleniu, a nawet golenia przy nuceniu. A zdrady żadnej nie ma, bo nie jest to specjalnie klasyczna melodia. No i tekst też raczej ciężki do przełknięcia.
Właśnie, teksty. Powiem szczerze, że dziś już raczej dystansuję się do tego co wyśpiewuje Pan Maynard. Może za głupi jestem i za krótko byłem w wojsku, ale dziś mi teksty tego Pana trącą późnym Roguckim… Na „Undertow” jest inaczej. Może właśnie chodzi o ten wspomniany dystans? Tutaj po prostu nie mamy takiego kosmosu w tekstach, głosek ułożonych z matematyczną dokładnością, odniesień do Sekty Niebo. Po prostu rockowa, a niech mnie, Poezja.
Co najlepiej widać na przykładzie największego przeboju tego zespołu. „Sober”. Wzrusza nawet takiego pijaka jak ja. Oj, przypominają się czasy, kiedy cały parkiet Orbitala wykrzykiwał ten refren. I wszyscy byli sooooo emooooooo. No ale w tym numerze naprawdę słychać że, jakby to zarapował Jurgen Kaczowka, „życie boliiiiiiiiiiiiiii”.
Co jeszcze? „Bottom”, gdzie całe show Toolowi kradnie gościnnie występujący Henio Rollins. Niby zwyczajny monolog, ale można się wystarszyć. Dobrze że chłopak nie wybrał kariery lektora, bo bałbym się podejść do telewizora… Mój najukochańszy zaś numero tutaj to „4 degrees” (choć tytuł brzmi inaczej, ale nie umiem tego kółeczka małego zrobić przy czwórce, więc sorry). Uwielbiam gitarę tego numeru, chcę mieć z nią dzieci. A refren to już totalny błogostan, odlot w pełnym tego słowa znaczeniu. Sądząc po plotkach co ten tytuł oznacza można przypuszczać, że podobne odczucia mają wielbiciele lewatywy po pomyślnym przeczyszczeniu… Na koniec zaś „Disgustipated”. No, to już jest afera totalna. Dla mnie jedno z najlepszych zakończeń płyt ever. Chyba najlepszy dowód na to, że ci kolesie muszą kumać Monty Pythona.
Kiedyś byłem maniakiem tej płyty i dawałem jej spokojnie 10 na 10. Dziś dostrzegam, że parę numerów w środkowej części jest trochę słabszych. Bez nich byłby na pewno full.
najlepszy moment: 4*
ocena: 9/10