rageman.pl
Muzyka

Tool – Aenima

rok wydania: 1996

wydawca: Volcano

 

Wciąż nie mogę się zdecydować czy to „Aenima” jest najlepsza czy może jednak „Lateralus”. Na dziś wybieram „Aenimę” jako tę NAJ. A poniżej próba udowodnienia tej tezy.

Jest taki koleś w polskim muzycznym showbizie… Nie, nie śmiem go nawet zaliczyć do tego grona. Więc napiszę tak: jest sobie taki recenzent-amator w Polsce. Ja tez jestem recenzentem-amatorem, ale przynajmniej nie chcę nikomu udowadniać że notki tutaj są czymś więcej niż okazją do różnych refleksji życiowo-muzycznych. No i nie piszę książek sprzedając ludziom swoje dziwne teorie przeszyte antysemityzmem i dziwnymi uprzedzeniami. A ten chłopaczyna tak ma i np. twierdzi ze Bob Dylan to nic nie znaczący dla historii muzyki koleś, a czasopisma bez polskiego kapitału to jakaś śmierdząca sprawa. No, ale chodzi mi o to, że nie wiedzieć czemu chłopak w swoich wypocinach wciąż powołuje się na listy rankingów. Jakby miały one cokolwiek mówić o wartości płyty. No i wygląda to tak: „uważam, że płyta „Dupa Dupa Sraka” (USA#3 UK#7 PL#666) jest dobra, a teksty są fajne, bo po polsku”.

Po co ten przydługawy wstęp? Bo po pierwsze lubię czasem kogoś zdissować. Po drugie lubię stukać w klawiaturę. A po trzecie akurat fakt, że „Aenima” na Billboardzie zajęła drugie miejsce może o czymś świadczyć. Na tamten czas, a był to rok 1996, to była rewelacja. No i czasy przychylne. Grunge zdechł, zaczęły się czasy alternatywnego metalu. Wtedy nawet o Kornie tak mówiono, bo na termin nu-metal jeszcze nikt nie wpadł. Po prostu to były dobre czasy dla pojebanych dźwięków. Dokładnie takich, jakie są na tej płycie.

„Stinkfist”. Pierwszy numer na płycie i już pierwszy przebój (choć już od tej płyty określenie „przebój” w przypadku Toola będzie używane na wyrost). I przede wszystkim już słychać zmiany. Tu już jest skomplikowanie. Dziwnie. Nietypowo. Klimat tej płyty jest cięższy niż matka Gilberta Grape’a. Choć akurat w „Stinkfiscie” da się nawet wyłapać refren i zwrotkę, stąd powodzenie tego numeru. Ale już np. „Eulogy” to kosmos. Długaśne intro z popikiwaniami wszelkiego rodzaju. Tutaj wreszcie słychać że Tool ma producenta. Słuchajcie tej płyty na słuchawkach, mówię Wam. Mega doznanie. Wszystko byłoby fajnie z tą kompozycja gdyby nie to, że od paru lat kojarzy mi się ona z pewnym kolesiem. Tak, topolówkowicze, wiecie o kim piszę…

Właśnie, „topolówka”. Z okresem koniec podstawówki/początek liceum kojarzy mi się też „H.”. W ósmej klasie Marek którego-nazwiska-już-nie-pamiętam-sorry-chłopaku puścił to na dyskotece szkolnej ku zgorszeniu wielbicieli hitow Offspringa i Haddawaya, a ku uciesze mojej i jego osoby. Ale był CZAD. A w liceum zabujałem się w pewnej niewiaście i jako pomysł na romantyczne wyznanie miłości puściłem Jej przez słuchawkę fragment tego numeru. To się nazywa uczuciowość 15-letniego fana muzyki alternatywnej, hah.

Kurde, no co ja mogę konkretnego o tej płycie napisać? Nie umiem o tej płycie pisać, nie obronię tezy, nie zostanę magistrem bloggersem, chuj. Wolę słuchać. Każdy numer tutaj to skojarzenie, każdy to małe dzieło sztuki. Nawet (zwłaszcza?) te przerywniki jak „Intermission”, „Die Eier Von Satan” czy zwłaszcza „Message To Harry Manback” (i znów topolówkowe skojarzenie z pewnym kolega, który chciał wysłać list w podobnym tonie co „Message” do pewnej nauczycielki języków obcych w III LO. Ale więcej nie powiem, bo będzie afera haha).

Pierdolę, nie piszę, idę odlecieć przy „Aenemie”. TEN RIFF, AAAAAAAAAAAAAAA…


najlepszy moment: AENEMA

ocena: 10/10

Leave a Reply