Tomasz Makowiecki – Moizm
wydawca: Sony Music
2013 był tym rokiem, który ostatecznie udowodnił, iż słowo „talent” w „talent show” nie wzięło się przypadkiem. Obecność debiutanckiego albumu Dawida Podsiadło w rozmaitych podsumowaniach muzycznych minionego roku pokazał, że łata laureata programów typu „X-Factor” w niczym nie stoi na przeszkodzie by nagrywać muzykę jednocześnie popową i ambitną, godzącą sukces komercyjny z artystycznym. Być może potrzeba było do tej konkluzji Dawida, a być może lat, jakie minęły od pierwszych podrygów „Idola”. Owszem, pamiętam o przypadkach Moniki Brodki czy Ani Dąbrowskiej. Różnica w tym, iż tej pierwszej zajęło znacznie więcej czasu by przekonać do siebie także krytyków muzycznych, podczas gdy ta druga, wbrew przekonaniu jej fanów, nigdy de facto tego nie dokonała.
W kontekście muzycznych reality show z minionego roku warto zapamiętać nie tylko Dawidowe „Comfort And Happiness”, ale też comeback Krzysztofa Zalewskiego, laureata drugiej edycji „Idola”. Powrót, którego rozmiar wyznacza raczej entuzjazm recenzentów aniżeli nakład sprzedanych nośników, ale miło widzieć, że chłopakowi ostatecznie udało się wyrwać z okopów mało przyszłościowej, iron maidenowej estetyki. I pewnie to „Zelig” należałoby uznać za największe post-idolowe zaskoczenie 2013 roku, gdyby nie „Moizm”.
Owszem, jakiś czas temu raczej przychylnie wypowiedziałem się o współtworzonym przez Tomka z muzykami Myslovitz projekcie No!No!No!, niemniej nie był to jakiś wielki progres od czasów nagrywek typu „Spełni Się”. Ciszę, jaka zapanowała wokół niego po premierze tamtej płyty uznałem za znak, iż w końcu dostrzegł, że tytuł nadwiślańskiego Jamesa Blunta na dłuższą metę chleba mu nie przyniesie i dał sobie spokój z muzyką. A tymczasem jak gdyby nigdy nic ukazał się singiel „Holidays In Rome”. Kapitalny, w polskiej skali pretendujący wg mnie spokojnie do miana najmniej docenionego przeboju roku. Po euforii przyszła jednak szybka kontestacja, iż patrząc przez pryzmat oryginalności dalej nie ma co propsować Tomka – porzucenie estetyki Travisa na rzecz mocno aktualnych brzmień typu Kamp! trudno uznać za artystyczne wyzwanie. Odsłuch „Moizmu” ukazał, iż byłem w błędzie – całość idzie w zupełnie innym kierunku niż „Holidays”. Choć nie tak chwytliwym, to jednak znacznie bardziej ambitnym.
Wektor w którym stanowczo podąży klimat całości wyznacza otwierające stawkę „Dziecko Księżyca”. Kapitalne 10 minut napędzane wydobywającym się z otchłani nastrojowym basem, niespiesznym beatem i new-age’owymi partiami Mooga. Udział Daniela Blooma i przede wszystkim Józefa Skrzeka legitymują ten utwór jako kawał progresywnego grania, jakiego dziś nie uświadczy się na wydawnictwach spod majorlabelowej egidy (chyba że na reedycjach klasyków sprzed dekad). Lider SBB pojawia się także w ostatnim na płycie „Ostatnim Brzegu II”, dodatkowo uświetnionym udziałem Władysława Komendarka. Makowiecki, Skrzek, Komendarek. Nawet rok temu takie zestawienie rozsadzałoby głowę każdego melomana.
A co pomiędzy? Delikatny nastrój, oldschooolowo elektroniczna ściółka przeszyta niesamowitą wręcz ilością dźwięków i brzmień. Bardziej ascetyczny sound, bliski ostatnim produkcjom Marcina Borsa i Hey’a, można usłyszeć właściwie jedynie w „Lesie I Betonie”. Jeszcze bardziej odosobnionym przypadkiem jest wspomniany „Holidays In Rome”. Można rzecz niestety – po choćby jeszcze jeden bardziej przebojowy kawałek pomógłby albumowi nie tylko w podboju list sprzedaży, ale i samej jego zawartości, która jako całość momentami może lekko znużyć.
W recenzji „Moizmu” na blogu Fuck You Hipsters! poniekąd słusznie zauważono, że bez kontekstu postaci „Makowca” i jego Idolowej przeszłości album nie miałby tak entuzjastycznego przyjęcia. Choć w przeszłości nie szczędziłem partnerowi Reni Jusis uszczypliwości, tak tym razem lepiej się czuję udając, że „Moizm” to jego pierwsza płyta od czasu polsatowego show, spóźniony debiut. Warto było mu dać szansę? Warto.
najlepszy moment: HOLIDAYS IN ROME
ocena: 7,75
