Tom Waits – Swordfishtrombones
rok wydania: 1983
wydawca: Island
na „zmeczenie” dwudniowym weselem Tom Waits tez sie nada.
dla wielu wlasnie teraz zacznie sie najlepsze. bo „Swordfishtrombones” uchodzi powszechnie za ponowne narodziny Waitsa jako artysty. nowy label, nowa zyciowa inspiracja (Kathleen Brennan, poznana na planie „One From The Heart”) a przede wszystkim – nowa Muzyka.
cale szczescie ze Waits w pore sie opamietal i zrozumial, ze podszywanie sie pod Leonarda Cohena i Randy Newmana artystycznej chwaly mu nie przyniesie. ale przeciez moglo sie skonczyc powrotem do stylistyki znanej z „Heartattacks And Vine” i wszyscy byliby ukontentowani. tymczasem facet uderzyl z zupelnie innej flanelki. no ok, moze nie zupelnie innej, „Modern Rocking” to to nie jest. ale o ile o ile wczesniejsze dokonania Waitsa, pomimo unikatowego feelingu, dalo sie sklasyfikowac jako rock, tak w kontekscie roznorodnosci aranzacyjno-klimatycznej „Swordfish…” uzycie tego terminu byloby policzkiem dla tej plyty.
dosc powiedziec, ze generalnie trudno tu mowic o piosenkach jako takich. gdyby okreslenie „piosenka aktorska” zle sie nie kojarzylo, to uzywajac go bylibysmy blizej sedna. a moze to juz muzyczny performens? juz otwierajacy calosc „Underground” wyklada wiekszosc kart na stol. podklad, choc uwzgledniajacy rockowy zestaw perkusja-bass-gitara, zupelnie wyzbyty jest z rockerskiego myslenia o tworzeniu instrumentalnego akompaniamentu. dwuminutowa struktura kompozycji, w ktorej wyszczegolnianie refrenow i zwrotek jest rownie jalowe, co bezcelowe. no i wokal Waitsa- moglby uchodzic za efekt pelnej transformacji w ogra w skorze czlowieka gdyby nie to, ze w dalszej czesci plyty jest mniej radykalnie. o czym juz przekonuje kolejny „Shore Leave” – tu juz wiecej jest recytacji niz spiewania (ok – kreowania linii melodycznej paszcza) i takie oblicze Waitsowej interpretacji bedzie sie tu objawiac najczesciej.
co nie znaczy ze flirtu z piesnia romantyczna, znana z „One From The Heart”, zupelnie tu nie ma. jednak „Johnsburg, Illnois” raczej nie da sie inaczej traktowac niz rodzynka w tym perwersyjnie pysznym zakalcu. bardziej zapadajacy w pamiec juz sa „Town With No Cheer” czy „In The Neighborhood” (kapitalny podklad rodem z orkiestry wojskowej), gdzie blizej w klimacie jest do „Jersey Girl” – czyli lirycznosc blizsza tej, ktora cechuje zrezygnowanego, zmeczonego zyciem pijaka niz amanta. tak na dobra sprawe trudno jednak powiedziec, by ktorekolwiek oblicze tutaj przodowalo, jakakolwiek mysl muzyczna brala gore nad pozostalymi. eklektyzm radykalny. trudno mowic nawet o wspolnym mianowniku w postaci Waitsa – spora czesc plyty to rzeczy instrumentalne.
powrot na wlasciwe tory? raczej wjazd na autostrade.
najlepszy moment: 16 SHELLS FROM A THIRTY-OUGHT SIX
ocena: 8,5/10