rageman.pl
Muzyka

Tom Waits – Rain Dogs

rok wydania: 1985

wydawca: Island

 

w sobote widzialem jeden z najpiekniejszych gramofonow ever. nie to aby spedzalo mi to z sen z powiek, ale nie ukrywam, ze jesli w przeciagu najblizszej dekady nie wzbogace sie o gramofon ciezko bedzie mi uznac moj zywot za spelniony. sa plyty, ktore nawet jesli powstaly juz w nowozytnich, kompaktowych czasach, to trudno wyobrazic sobie lepszy ich odbior niz z „nalesnika”. taka plyta jest „Rain Dogs”.

tym wiekszym jest ona ewenementem, ze przeciez to rzecz z ’85 roku, okresu gleboko syntetycznego, kiedy nawet jazzmani uznawali perkusje Simmonsa za szczyt technologicznego rozwoju w muzyce. Waits juz na poprzednim krazku „Swordfish…” pokazal, ze jako producent wlasnych plyt bedzie stal w skrajnej opozycji do nowinek technicznych. na tamtej plycie w liner notesach znalazla sie jeszcze odpowiednia adnotacja odnosnie najlepszego do odsluchu nosnika. na „Rain Dogs” nie jest ona potrzebna – kazdy z bardziej rozwinietym uchem uslyszy, ze w tym brzmieniu jest feeling nieprzekladalny na kompakt, a tym bardziej na CD.

co nie znaczy, ze w tych bardziej standardowych okolicznosciach nie da sie tej Muzyki docenic. a moze nawet – pasc przed nia na kolana. generalnie niby to tylko kontynuacja rewolucyjnego pomyslu znanego z „Swordfish…”, zreszta powszechnie „RD” jest uwazana za druga czesc trylogii, ktora zamyka „Frank’s Wild Years”. roznica polega na innym rozlozeniu akcentow: troche wiecej tu melodii, tak w podkladach, jak i interpretacji wokalnej Waitsa. choc mamy tu az 19 numerow, tez niezle rozstrzelonych stylistycznie, to jednak chocby z racji tylko dwoch instrumentali przy probie opisania calosci jakos chetniej przychodzi na mysl slowo „spojniej”. a co za tym poniekad idzie – przystepniej.

tu przede wszystkim znalazl sie drugi najwiekszy przeboj Waitsa – „Downtown train”. zreszta majacy w duchu sporo z „Jersey Girl”. ale tak jak tamten fragment „Heartattack and vine” stal na czele swiadectwa zajebistosci tamtej plyty, tak „Downtown…” to zaledwie jeden z wielu elementow dzwiekowej mozaiki, jaka jest „RD”, nie wyrozniajacy sie ani stylistycznie, ani jakosciowo (choc nie ukrywam – subiektywnie uwielbiam ten numer). jak to sie powszechnie mowi: JA PIERDOLE, CZEGO TU NIE MA! „Singapore” brzmiacy jak piesn piracka. polka w… „Cemetary Polka”. piesn hm zalobna w „Anywhere I Lay My Head”. najprawdziwsze country (!!!) w „Blind Time”. rolling stonesowy rockandroll w „Big Black Mariah” czy „Union Square”, zreszta powstale z goscinnym udzialem Keitha Richardsa. choc akurat to nie ojciec Jacka Sparrowa jest gitarowym bohaterem „Rain Dogs”. dziewiaty album Waitsa jest zarazem oficjalnym fonograficznym debiutem Marca Ribota, jego przyszlego wieloletniego wspolpracownika. i choc Waits „wpadl na pomysl” ueksperymentowienia swej tworczosci jeszcze bez Ribota, to mozna rzec, ze to wlasnie ta legendarna postac awangardowej muzy niejako usankcjonowala to nowe podejscie, uczynila z niego naturalny entourage Waitsa. i co wazne – odbylo sie to bez palenia mostow za soba, nawet wiecej tu Waitsa lirycznego niz na „Swordfish…” – o „Downtrain…” mowilismy, ale pare serduszek nabierze rumiencow slyszac „Hang Down Your Head” (znow Boss!) czy przede wszystkim „Time”, scoverowany dwie dekady pozniej przez Tori Amos.

tak sobie gdybam – gdyby swiatu przytrafila sie jakas zaglada, ale w swej nietotalnosci laskawie pozostawiajaca jedno dokonanie muzyczne przy zyciu, chcialbym by taki laskawy los spotkal wlasnie „Rain Dogs”. mysle ze moglaby dac ona poczatek calkiem niezlemu, nowemu swiatu Muzyki.

 

najlepszy moment: CLAP HANDS

ocena: 9/10

Leave a Reply