rageman.pl
Muzyka

Tom Waits – Franks Wild Years

rok wydania: 1987

wydawca: Island

 

nie zgadniecie o kim dzis bedzie.

„Franks Wild Years” to teoretycznie wiecej niz tylko zamkniecie „lumpiarskiej trylogii”, nawiazujacej do poprzednich czesci chocby tytulem calosci (tak samo nazywala sie piosenka ze „Swordfish…”), jak i albumowa przedmowa opowiadaca o „rain dogsach”. to takze sciezka dzwiekowa do przedstawienia teatralnego wystawionego w ’86, ktorego autorem byl sam Waits wraz ze swoja wspolmalzonka. a mimo to podziela los niemal wszystkich trzecich czesci trylogii, bedacych w najlepszym przypadku dzielami nie-tak-dobrymi-jak-poprzednie-czesci, a w najgorszym – rzeczami robionymi na sile. „FWY” wrazenia bycia na sile robionym nie sprawia, ale zdecydowanie nie blyszczy tak jak „Swordfishtrombones” i „Rain Dogs”.

trudno w sumie powiedziec, czy jest to plyta calkiem niezla jak na dzielo przeznaczone do teatralnego akompaniamentu czy raczej slaba jak na autorskie dzielo Waitsa. na pewno jedno mozna przyznac glownemu tworcy – po raz kolejny zaproponowal cos nowego, moze nawet w wiekszym stopniu niz na „Rain Dogs”. wprawdzie Waits kontynuuje tu wspolprace z Ribotem, jednak nie tylko ta plyta jest wyprana z inklinacji rockowych, ale tez z dzwiekow gitar. wprawdzie ten instrument raczej nigdy nie byl wiodacym instrumentem w tworczosci, jednak po raz pierwszy zostal tak znaczaca sprowadzony do roli ozdobnika. co tez nie znaczy, ze np powrocil fortepian – gdybym mial okreslic ten album jednym slowem, rzeklbym ze jest on „akordeonowy”. co jest o tyle paradoksem, ze wiele utworow jest go tu pozbawionych. a jednak okladka albumu zdecydowanie ma cos na rzeczy. bo te 56 minut brzmi wlasnie jak zapis wystepu akordeonisty. dodajmy – wystepu majacego miejsce w tunelu czy tez innym zaulku, zajmowanym przez biedote i rozmaitych nieciekawych typow. choc moze tez niekoniecznie Nowy Port czy dworzec Praga. zdecydowanie mysli same sie kieruja w kierunku Nowego Jorku. nie tylko za sprawa „Straight To The Top (Vegas)”. niech nie zmyli zawartosc nawiasu – Waits tu brzmi jak sam Frank Sinatra.

wlasnie! o ile muzycznie takiego eklektyzmu nie ma jak wczesniej (chociaz juz i tak sama rumba czajaca sie pod drugim indeksem potrafi rozwalic sluchacza na reszte odsluchu), to wokalnie dzieje sie tu kosmos. bo postepujaca „siarczyzacja” wokalu to jedno. ale o co chodzi we wspomnianym „Straight…” czy „Temptation”. kto spiewa tym smiesznym, chudziutkim glosikiem, bo chyba nie Waits?

brzmi to wszystko intrygujaco, choc nie ma co ukrywac – dosc malo chwytliwie. dlatego jednak najprzyjemniej stymuluje mi narzad sluchu koncowka plyty, od „Cold Cold Ground”. tu konczy sie udziwnianie, a zaczyna Waits takim jakim go uwielbiam najbardziej – natchniony, najprawdziwszy z prawdziwych, potrafiacy poruszyc swa opowiescia dokladnie tak jak ten jeden ze stu napotkanych zuli, u ktorego za zaslona alkoholowego odoru kryje sie kopalnia zyciowej madrosci. za niedlugo podroz TLK, moze bede mial szczescie takiego napotkac i wspolnie przegadac podroz.

 

najlepszy moment: COLD COLD GROUND

ocena: 7,5/10

Leave a Reply