rageman.pl
Muzyka

Tom Waits – Heartattack And Vine

rok wydania: 1980

wydawca: Elektra

 

jesien w pelni, Waits na ripicie.

w dzisiejszych czasach 5 lat w muzyce to wcale nie jest tak duzo. ok, malo tez nie, ale bywa tak ze juz nawet nikt sie nie dziwi, czemu dany artysta kazal czekac na nowe dzielo pol dekady. co innego pol wieku temu. liverpoolskiej czworce tyle czasu starczylo by dokonac kilku rewolucji w muzyce a the doorsom by zadebiutowac, wspiac sie na muzyczny olimp i odejsc wraz ze smiercia lidera. nie gorzej bylo w latach 70tych. tom waits tez cos o tym wie.

bo „Nighthawks…” dzieli od „HAV” nie tylko 5 lat, ale tez i trzy plyty oraz pare muzycznych eksprerymentow. nie mowiac juz o glosie, ktory u Waitsa starzeje sie kilkunastrokrotnie szybciej niz on sam. jeszcze hardkoru jak w ostatnich latach nie ma, ale juz tutaj trudno mowic o pijackiej chrypce. bardziej cos a’la „gdyby siarka potrafila spiewac, spiewalaby wlasnie tak”. zarty zartami, ale to wlasnie Wokal jest najwiekszym skarbem Waitsa i to wlasnie z nim – a konkretnie z tym z etapu ktorego swiadectwem jest „HAV” – jest on najbardziej kojarzony.

inna sprawa, ze ta skrajna mutacja wchodzi w ladna korelacje ze zmianami w muzyce Waitsa. wprawdzie jazzu juz tu wlasciwie nie ma, jednak wciaz mozna mowic o dwoistosci stylu Waitsa. z jednej, glosniejszej strony –  stuprocentowy rytm i blues, rock-korzenny groove z bassem i Hammondem w intrumentalnej roli glownej. taki jest „Mr’ Siegal” (bluesior wzorcowy tak, jakby z Sevres pochodzil a nie z USA), „Downtown” (czy to aby na pewno nie Ray Manzarek?) czy „In Shades” (instrumentalna przepysznosc). te kawalki chyba w najwiekszym stopniu upowazniaja Waitsa do pojawiania sie na lamach Teraz Rocka.

ale jest i drugie oblicze. takze piosenkowe, a moze nawet  – jeszcze bardziej piosenkowe. to sa te fragmenty, kiedy Waits nie tylko uspokaja swoich muzykow, ale wrecz wyrzuca ich ze studia nagraniowego, zostajac z samym pianinem i orkiestra. innymi slowy – ballady. a „On The Nickel” to juz jest klimat Oscarowy, Randy Newman jakis. skojarzenie nie tak przypadkowe – rzecz powstala do filmu o tym samym tytule. a moze „Ruby’s Arms”, majacy cos ze swiatecznego klimatu? aha, jakby ktos sie zastanawial – to sa wyzbyte kiczu, piekne rzeczy, najpiekniejsze i najlepsze na tej plycie. dolozmy jeszcze „Jersey Girl”, brzmiacy tak bruce springsteenowato, ze przedzej czy pozniej musial zwrocic uwage Bossa, ktory przywlaszczyl sobie numer do koncertowego repertuaru.

efekt koncowy? jedna z komercyjnie najlepiej radzacych sobie plyt Waitsa. a i artystycznie tez radzi sobie ultra dobrze.

 

najlepszy moment: RUBY’S ARMS

ocena: 8,5/10

Leave a Reply