rageman.pl
Film

Thelma i Louise

rok: 1991

reżyseria: Ridley Scott

 

Czy współczesne pokolenie kinomanów czeka na nowe filmy Ridley’a Scotta? Wydaje mi się że już niespecjalnie, bo też niespecjalnie jest na co czekać – jeśli akurat nie recyklinguje swoich dokonań z dni chwały („Obcy”, „Gladiator”), to wali buble pokroju „Napoleona” czy „Domu Gucci”. Ale był czas kiedy Brytyjczyk był Bossem – dość powiedzieć że chłop w ciągu kilku lat wypuścił takie filmy jak wspomniany „Obcy” czy „Łowca Androidów” (o którym pomówimy już za moment). Ba, chłop był tak wielki, że kiedy zdecydował się wyjść totalnie ze swojej strefy komfortu i nakręcić kameralny (przynajmniej jak na jego standardy) komediodramat o sile kobiecej przyjaźni to także wyszło mu Arcydzieło. Enter „Thelma i Louise”.

Każdy kinoman zna tę historię, niemniej przypomnijmy, zwłaszcza że w gruncie rzeczy nie jest zbyt skomplikowana. Tytułowe bohaterki postawiają wyrwać się z rutyny codzienności i wyskoczyć na weekendowy połów ryb na łonie natury. W ramach przystanku postanawiają wpaść do przydrożnego baru na drinka. Sprawy przybierają jednak dość tragiczny obrót – Louise broniąc przyjaciółkę przed gwałtem śmiertelnie postrzela oprawcę. Ponieważ dowody nie wskazują jednoznacznie ich niewinności, beztroski wypad natychmiastowo zamienia się w ucieczkę przed niechybnym osadzeniem w więzieniu. Tym bardziej, że aby przetrwać, duet głównych bohaterek raz po raz łamią prawo.

Choć Wikipedia kwalifikuje film Scotta jako kryminalny, w żadnym wypadku nie mamy tu do czynienia z jakąś psychoanalizą próbującą wniknąć w umysł przestępcy. Bo Thelma i Louise żadnymi przestępczyniami nie są. Oczywiście, są w pełni świadome tego co robią – ale wolność jaką przy tym odczuwają nie jest wyzwoleniem z dyktatu kodeksu prawnego czy biblijnych przykazań. To wolność od świata reguł pisanych przez mężczyzn, świata gdzie gwałcona musi udowodnić winę nie gwałciciel, gdzie czynienie seksualnych aluzji jest traktowane jako norma. Pod tym względem być może „Thelma i Louise” dziś by nie powstał – ale nie dlatego że się źle zestarzał, ale dlatego że (na szczęście!) dziś jesteśmy już w innym miejscu, nawet jeśli wciąż niekoniecznie u mety. Dzięki m.in. takim filmom jak ten.

Ale pomijając aspekt znaczenia kulturowego – to zwyczajnie wspaniały film, wywołujący zarówno szczery śmiech jak i wzruszenie. Z ikonicznymi scenami, wspaniałym soundtrackiem, a przede wszystkim – kapitalnie zagrany. Tu pozwolę sobie najpierw wspomnieć o drugim, zdominowanym przez mężczyzn drugim planie – bo tu też dzieje się sporo dobra, przy tym dość zaskakującego. Harvey Keitel, choć w teorii gra tego złego – stróża prawa którego celem jest doprowadzenie bohaterek do więzienia – w gruncie rzeczy symbolizuje tu zdrowy rozsądek, który doskonale wie że są one niewinne. Tym samym tworząc być może jedną z najbardziej pozytywnych postaci w swej karierze. Michael Madsen, też raczej kojarzony z Tarantinowskim tough guy’em, tym razem w roli amanta bezgranicznie zakochanego w Louise. No i Brad Pitt – o tyle nietypowo, bo sprowadzony do w sumie niewielkiej, choć istotnej dla fabuły roli. Oczywiście talentu aktorskiego już wtedy nie można było mu odmówić, ale też widać tu wyraźnie, że zadecydowały tu przede wszystkim aspekty, hm, wizualne.

No i główne bohaterki. Przepięknie wyraziste, idealnie się uzupełniające, z chemią aż buchającą z ekranu. Jasne, nawet jeśli czasem może wręcz drażnić roztrzepanie i naiwność granej przez Geenę Davis Thelmy, to wciąż nie sposób ich kochać tej dwójki jednakowo. Jednakowo pokochały też obie te postaci wszelkie gremia filmowe – rzadko się kiedy zdarza, by przy okazji każdej bardziej znaczącej nagrodzie filmowej obie główne role były nominowane.

Krótko – jeden z najlepszych filmów w kategorii „film drogi” oraz „film o kobietach”. No niech będzie, że także w kategorii „kryminał”.

najlepszy moment: finał, wiadomo

ocena: 9,25/10

Leave a Reply