Bez przebaczenia
reżyseria: Clint Eastwood
Najlepszy film Clinta Eastwooda? Najlepszy western? A może anty-western? Najlepszy film o zemście? Na wszystkie te pytania można odpowiedzieć mniej lub bardziej twierdząco.
Jak zapowiadałem, w związku z udziałem w Timeless Film Festival czeka Was tu seria wpisów o klasycznych filmach. Czy o klasykach kina pisze się łatwiej niż o filmach nowych? Niekoniecznie. Trzeba nie lada zuchwałości by skrytykować film powszechnie uznany za wybitny, to raz. Dwa, co można napisać nowego o filmie, o którym przez lata napisano multum artykułów, zrecenzowano wzdłuż i wszerz, a może nawet i którym prace naukowe poświęcono? Jedyny pozytyw to taki, że fabuły streszczać nie trzeba…
Na szczęście w przypadku „Bez przebaczenia” nie muszę udawać, że film mi się spodobał. Może dlatego że nie jestem fanem westernów? Nie wiem czemu ale kiedy byłem znacznie młodszy z jakiegoś powodu film Eastwooda mylił mi się z „Nietykalnymi” De Palmy. Jasne, są pewne podobieństwa – wszak oba filmy rozgrywają się w USA przeszłości (choć w różnych jej okresach), w obu przypadkach głównymi bohaterami są Twardzi Kolesie. O ile jednak film De Palmy ani przez moment nie wychodzi poza konwencję i Twardzi Kolesie pozostają twardymi do końca, tak „Bez przebaczenia” to jest jedna wielka dekonstrukcja – zarówno westernu jako gatunku, jak i Clinta Eastwooda jako czołowego twardziela Hollywoodu, będącego jedną z ikon tegoż gatunku. Dla tych, którym przez lata wrył się w świadomość obraz Eastwooda-rewolwerowca, niemałym szokiem musiał być już sam początek filmu, z tym samym Eastwoodem (a właściwie graną przez niego postacią) pasającym świnie. Mało? To dodajmy, że w późniejszej części filmu przez ponad minutę męczy się by wsiąść na konia, co i tak mu się ostatecznie nie udaje. Gdyby szukać analogii w świecie muzyki, to można by to porównać do Ozzy’ego Osbourne’a, Księcia Ciemności, który w „Rodzinie Osbournów” paradował po mieszkaniu w dresach i różowych kapciach.
No tak, ale ja nie wychowywałem się na filmach Sergio Leone, więc to auto-odmitologizowanie Eastwooda nie obeszło mnie aż tak. To, czym przede wszystkim jego dzieło do mnie trafiło, to zupełnie nietypowa jak na westernowy kontekst perspektywa na śmierć. Może w westernach trup nie ściele się tak gęsto jak w filmach Stallone’a czy Seagala, ale wciąż śmierć jest czymś na podobieństwo przecinka w zdaniu, stawianym przez tych którzy szybciej wyciągnęli spluwę. Tymczasem w „Bez przebaczenia” o śmierci się rozmawia. Więcej – jedni boją się zabijać, a drudzy zabijać zwyczajnie nie chcą. Najlepszym świadectwem nietypowości tego filmu jest to, że najbardziej bezwględnym, bez żadnych skrupułów jest stróż prawa – czyli ten, który temu zabijaniu powinien zapobiegać.
Nie należy jednak zapomnieć, że „Bez przebaczenia” dlatego jest filmem wielkim, bo zwyczajnie świetnie się go ogląda – i to do dzisiaj. Nie ma tu specjalnego comic reliefu i całość jest bardzo na serio, ale akurat w tym wypadku bardzo to służy całości. Jest to też tour de force Gene’a Hackmana, który za kreację zgarnął Oscara, chociaż Morgan Freeman czy sam Eastwood jakościowo od niego nie odstają.
Najlepszy film o zemście? Może akurat tu takiego zdecydowanego Tak nie dam, ale na pewno powołanie się na ten film na maturze nie byłoby przesadą.
najlepszy moment: każda scena z Hackmanem
ocena: 8,75/10
