rageman.pl
Film

Jowita

rok: 1967

reżyseria: Janusz Morgenstern

Niepojęte, jak wiele skarbów skrywa polska kinematografia sprzed lat.

Nie będę ukrywał, żadnym znawcą starego kina nie jestem (nowego też w sumie nie). Niemniej przynajmniej w nazwiskach i ich najpopularniejszych dziełach jako-tako rozeznany jestem. Tymczasem „Jowita” była do niedawna absolutnie poza moim radarem. A przecież na papierze to film, który należy znać – reżyseria Janusz Morgenstern, scenariusz Tadeusz Konwicki (na podstawie powieści „Disneyland” Stanisława Dygata), a w obsadzie – no tylko spójrzcie: Daniel Olbrychski, Kalina Jędrusik, Iga Cembrzyńska oraz Zbigniew Cybulski (w nietypowej roli, bo drugoplanowej!). Wiadomo jednak, że mieszanka wspaniałych talentów niekoniecznie musi zaowocować wspaniałym dziełem. Tu na szczęście poszło zgodnie z planem i otrzymaliśmy fantastyczny film.

Tytułową Jowitę spotyka na balu przebierańców główny bohater, Marek Arens (Olbrychski). Zazwyczaj to on łamie serca, w końcu jednak role się odwróciły i to on zadurza się po uszy. Problem polega na tym, że poza imieniem, jej głosem i oczami odsłoniętymi przez kwef jego wiedza o kobiecie po tym krótkim spotkaniu jest absolutnie żadna. Mimo to postanawia ją odnaleźć, stawiając na szali karierę sportową, ale też uczucie jakie rodzi się z poznaną w międzyczasie inną kobietą, Agnieszką.

Ja jestem prostym chłopakiem, aby film mnie zachwycił musi zachwycić mnie na dwóch płaszczyznach – formalnym oraz fabularnym. W tym drugim wypadku przede wszystkim chodzi o emocje i tzw. współczynnik rel. I to tu jest. Choć myślę, że wiele osób odnajdzie w głównym bohaterze siebie. Bo czyż nie my wszyscy goniliśmy kiedyś za tzw. Miłością Idealną, będącą niczym więcej nasz projekcją naszych wyobrażeń i oczekiwań? Czy nie zdarzyło nam się przez to przegapić coś, co było tuż obok, realne i przez to trwalsze? W epoce Tindera, sprowadzającej poszukiwania miłości do przeglądania katalogów zakupowych w poszukiwaniu ciuchów skrojonych na miarę, przekaz „Jowity” rezonuje jak jeszcze nigdy wcześniej.

O treści wspomnieliśmy, czas na formę – rany, jakie to klimatyczne! Oczywiście już sam monochrom to połowa sukcesu, ale nie bez znaczenia jest tu tempo, kadrowanie, muzyczny akompaniament. Chociaż de facto zamiast 50/50 powinien tu być podział na trzy. Bo mamy jeszcze kreacje aktorskie. Na papierze to powinien być aktorski pojedynek Olbrychskiego z Cybulskim, ale „polski James Dean” już wtedy powoli ustępował miejsca młodzieży. Jak wiemy, proces ten przerwała tragiczna śmierć, tego samego roku w którym premierę miała „Jowita”… Zatem błyszczy tu przede wszystkim Olbrychski. Granie amanta oczywiście nie jest mu obce, jednak tutaj jako „amant tragiczny” wywołuje głównie współczucie. Podskórnie przeczuwamy że poszukiwania Jowity są skazane na porażkę, a mimo to chcemy wierzyć razem z jego bohaterem. Dla mnie największym odkryciem jest Barbara Kwiatkowska w roli Agnieszki – jedna z najpiękniejszych kobiet jaką widziała polska kinematografia. A przy tym równie utalentowana.

Zapomniana klasyka, którą niestety trzeba szukać po nielegalnych źródłach. Ale w tym wypadku macie pełne przyzwolenie, ten film trzeba znać.

najlepszy moment: spotkanie z Jowitą – tu magia aż kipi z ekranu

ocena: 9/10

Leave a Reply