rageman.pl
Muzyka

The Velvet Underground – The Velvet Underground & Nico

rok wydania: 1967 (reedycja: 1966)

wydawca: Polydor

 

hahahahahahahahaaahahahahaha.

sorry za ten nagly atak smiechu, ale tak wlasnie zareagowalem jak uswiadomilem sobie, ze chcialbym cos madrego napisac o tej plycie.

dobra, a teraz powaznie. wczoraj pisalismy o tym, ze Hendrix wymyslil gitare. zdefiniowal ja na nowo i ow definicja obowiazuje do dzis. no wiec The Velvet Underground zrobili to samo z muzyka alternatywna. masz kapele? chwytasz gitare czy tam inny bass, zwolujesz ziomow do garazu i dzemujecie, tak? chcecie by byl fajny brud, spontan, wyjebane na zwrotka-refren, chodzi o Prawde, podkreslona jeszcze nieglupim tekstem, tak? ale jednoczesnie nie chcesz, by bylo to metalowe napierdalansko, zeby bylo w tym jeszcze miejsce na lirycznosc, a moze nawet melodie, tak? sam na to wpadles? oczywiscie ze nie, musiales zainspirowac sie inna kapela. ale tak sie sklada, ze ow kapela wczesniej zainspirowala sie tym, co zrobili The Velvet Underground.

no bo kto tak gral w tym ’67 roku? The Beatles zrewolucjonizowali swiat „Sierzantem Pieprzem”, ktory byl genialna, przebogata w dzwieki produkcja, ale jednak Popowa. w tym sensie popowa, ze sluchalo sie tego z przyjemnoscia, nic nie klulo w uszy. Bob Dylan? The Doors? Jimi Hendrix? o, to juz blizej. tylko ze np na tak halas jak ten, ktory wienczy „European Son” nie wpadlby zaden z tych wykonawcow. wszyscy oni w jakis sposob poluzowali drzwi we framudze, ale to wlasnie VU wymierzyli najsilniejszy cios i te drzwi rozniesli w pyl. co za nimi bylo? Muzyka, ktorej nie zawsze milo sie slucha, ba, czasem zwyczajnie meczy ucho. Muzyka, ktora eksperymentuje nie tylko z forma, ale i z trescia (rozumiecie? bo ja tez nie). Muzyka, przy ktorej trzeba Myslec.

oczywiscie moglibysmy szukac przyczyn wybitnosci tej plyty w okolicznosciach, nazwijmy je, pozamuzycznych. ze zbior Osobistosci, na dodatek kazda z innej bajki. biseksualny (no ej, watpliwosci ktos ma?) inteligent Lou Reed – tworca (badz wspoltworca) wszystkich piosenek. eksperymentator John Cale. rockandrollowiec (a sadzac po niektorych partiach gitary – to chyba takze country’owiec) Sterling Morrison. prototyp Meg White, czyli Maureen Tucker (no dobra, ta druga naprawde umie grac). no i goscinny wokal jednej z gwiazdeczek Andy’ego Warhola, czyli srednio umiejaca spiewac i przyglucha Nico. zreszta, ojciec popartu ne tylko stworzyl okladke (w wersji CD niestety banana nie mozna obrac), ale i plyte wyprodukowal. no fajnie, tyle ze co z tego? Bitle to nie byly osobistosci? Stonesi tez nie? a co do produkcji plyty, to wsrod samych czlonkow VU sa rozne opinie na temat faktycznych zaslug Andy’ego na tym polu.

wraz z postepujacym czasem coraz trudniej jest oceniac historycznosc pewnych wydawnictw. zwlaszcza tym, ktorzy tych czasow nie pamietaja. dla mojego pokolenia rewolucyjny to mogla byc Nirvana, ktora nagle w opanowanym przez eurodance i pozostalosci po pudelmetalu wyskoczyla z sonicznym i emocjonalnym rozpierdolem „Smells Like Teen Spirit”. w przypadku takich plyt jak debiut VU jej rewolucyjnosc trzeba brac po czesci „na wiare”. i to nie jest tak, ze majac do wyboru: posluchac „VU&N” badz The Strokes czy solowego Frusciante (zakladajac, ze uwielbiamy np Strokes czy tworczosc wioslowego RHCP) TRZEBA wybrac ta pierwsza plyte. nie, nie trzeba. nawet jesli Ci drudzy, tak jak 3/4 wspolczesnej alt-rockowej sceny, bazuja na dokonaniach Reeda i spolki, tylko ich pomysly udoskonalajac. ale trzeba byc gluchym nie tlyko na jedno ucho, by nawet bez historycznego kontekstu nie dostrzec innowacyjnosci tych piosenek. pod tym wzgledem – 10 na 10 i nie ma dyskusji.

ale kiedy przestaniemy rajcowac sie rewolucyjnoscia, alternatywnoscia i innymi madrze nazwanymi aspektami tej plyty to dostrzezemy, ze tu sa przede wszystkim kapitalne melodie. przy okazji opakowanymi w nieglupie aranzacje. „Venus In Furs”, z mantrowym klimatem a’la hare krishna, hare hare. narastajace napiecie w „Heroin”. dreampopowy „Sunday Morning”. czy moi faworyci, zaspiewani przez Nico, czyli „All Tomorrow’s Parties” i przede wszystkim „Femme Fatale”.

dlaczego finalnie nie 10 na 10? bo po pierwsze- co ja bede sciemnial, ze sie na tej plycie wychowalem. nie mam do niej sentymentu, a takie rzeczy tez uwzgledniam. jesli ktos jeszcze nie zdazyl zauwazyc. moj prywatny blog, moje oceny. po drugie – no kurcze, na plycie ABsolutnej to powinny byc wszystkie numery perfrekcyjne, co nie? a moim prywatnym zdaniem takiemu „I’ll be your mirror” zbyt daleko do idealu.

ale co ja sie bede wymadrzal. to jest plyta, ktorej na pelne zrozumiemie potrzeba zapewne lat. pogadamy za jakis czas zatem.

 

najlepszy moment: FEMME FATALE

ocena: 9,5/10

Leave a Reply