The Jimi Hendrix Experience – Are You Experienced
rok wydania: 1967 (reedycja: 1997)
wydawca: Experience Hendrix LLC
padlo wczoraj nazwisko Hendrixa, wiec znow sobie pogadamy o kolesiu, bo go tu dawno nie bylo.
jeden z najklasyczniejszych debiutow ever. autorstwa najklasyczniejszego gitarzysty wszechczasow. co madrego ja, maluczki, moge o nim powiedziec? wczoraj poddalem w watpliwosc Dylana, dzis takiego ruchu poczynic nie zamierzam. Jimi Hendrix byl bogiem gitary i tyle. nawet nie chodzi o umiejetnosci, choc w tej kwestii takze nikt mu raczej podskoczyc nie moze. chodzi tez o innowacyjnosc. on gitare elektryczna WYMYSLIL. znalazl dla niej najlepsze zastosowanie w muzyce rozrywkowej. to dzieki niemu gitara awansowala na zdecydowanie najwazniejszy instrument w rocku, ktory moze nie tylko byc rownie wazna jak linia wokalna, ale nawet ja zastepowac. Hendrix nie byl przeciez zlym wokalista, ale z jego piosenek pamieta sie najbardziej to co wygrywala gitara. i jak wygrywala – najwiekszymi sponsorami pomnikow Hendrixa powinni byc producenci wzmacniaczy i efektow gitarowych.
warto jednak przypominac, ze Jimi Hendrix nie byl artysta solowym. The Jimi Hendrix Experience, choc bez niego zespol ten nie mialby racji bytu, to takze dwoch kapitalnych, takze niestety juz niezyjacych muzykow. przede wszystkim Mitch Mitchell. jako adept szkoly jazzowej byl chyba najlepszym partnerem w instumentalnych odlotach Hendrixa i w znaczacym stopniu uwypuklil jego zajebistosc (nie jest tajemnica, ze juz na „Electric Ladyland” Henio sam nagrywal partie bassu, po czym bez skropulow wymienil Noela Reddinga na Billy’ego Coxa). odwaze sie nawet stwierdzic, ze TJHE byli jednymi z najpojetniejszych w rocku uczniow Jazzowej Mysli Wykonawczej. nic dziwnego, ze z Rozrywki wlasnie Hendrix cieszy sie najwiekszym szacunem jazzologow (nawet w przypadku Bitli sprawa nie jest tak oczywista), a Miles Davis kazal grac swym gitarzystom „pod Hendrixa” (Mitchell zreszta goscil na sesjach „Bitches Brew”). no i jakos w okolicach wydania „AYE” zaczeto przebakiwac cos o jazzrocku i innych fusionach.
bo o zajebistosci tej plyty decyduje przede wszystkim tzw wykon. ta plyta poraza energia. muzyczna chemia, wytwarzana na kilogramy przez to trio, wprawilaby w zaklopotoania sama Curie-Sklodowska. w takim kontekscie nie ma co wymieniac piosenek-najlepszych dowodow na to. choc okej, by nie byc goloslownym: instrumentalny, najblizszy jazzowi „Third Stone From The Sun”. walczykowaty „Manic Depression”. najbardziej siadajacy na banie numer tytulowy. wymieniam numery, gdzie cala maszyneria wyczynia cuda. bo jesli chodzi o samego Henka, to miejsca by nam nie wystarczylo. WIADOMO.
same piosenki tez zasluguja na same superlatywy. natomiast… wczoraj mowilismy o Dylanie. i Hendrix to dla mnie taki negatyw Dylana. Zimmermann pisze zajebiste piesni, ktorych zajebistosc czasem ciezko dostrzec przez sposob ich wykonania (zwlaszcza jesli mowa o najswiezszych dokonaniach – to jego beczenie juz naprawde robi sie nie do zniesienia czasem. nie jest przypadkiem, ze z „Hendrixowych” piosenek pamieta sie najbardziej przerobki. „All Along The Watchtower” Dylana. amerykanski hymn na woodstocku. niespodzianka: „Hey Joe” to tez cover. no i anegdota o tym, ze dzien po wydaniu „Sierzanta Pieprza” Hendrix gral juz piesn tytulowa na koncercie. Hendrix byl swietnym interpretatorem, potem dopiero kompozytorem. nie aby byl wielki dysonans. przeciez „Purple Haze”, „Foxy Lady”, „Fire” to czysta przekozackosc. jeszcze bardziej mnie robia stad mniej oczywiste kawalki jak „I Don’t Live Today” (REFREN!), wprowadzajacy w czysty blogostan „May This Be Love” czy „Can You See Me”. ale mimo wszystko brakuje mi do uznania tej plyty za killera absolutnego wlasnie tego, by poza zajebistym wykonaniem zabijaly takze same melodie. dlatego nie jest to moj Absolut, jeno plyta wybitna. moze wieksze uznanie przyjdzie z czasem, a moze sam album powinien sie pojawic w moim zyciu wczesniej, zanim uslyszalem wszystkich tych zainspirowanych przez Jimiego. nie wiem, nie wiem, ja to tylko sprzatam.
dodajmy na koniec, ze mowimy o reedycji. „Remaster” to niezly wabik, niestety raczej nie jet to poziom tego, co z klasycznymi plytami zrobiono dla The Beatles, Led Zep czy King Crimson. dlatego bardziej warto zwrocic na drugi bonus zwiazany z premiera materialu na cd. czyli nowa tracklista. i nie chodzi tylko o dolozenie kawalkow. pare dekad temu uprawiano parszywa praktyke, by w zaleznosci od tego, czy plyta trafiala do Usa, Uk badz reszty swiata, roznicowac ulozenie kawalkow. ba, plyty roznily sie nawet samymi kawalkami. i tak np brytole dostali debiut Hendrixa pozbawiony jego najwiekszych hitow: „Hey Joe”, „Purple Haze” i „The Wind Cries Mary” (zastapione numerami, ktore z kolei nie zalapaly sie na amerykanska edycje). wydanie z ’97 stawia sprawe jasno: 17 kawalkow w tej samej kolejnosci dla calego swiata. co wiecej – dolozono 3 kawalki, ktorych nie bylo na zadnej winylowej edycji: singlowy „Stone Free” oraz bisajdy „Highway Chile” i „51st Aniiversary”. ten drugi z genialnym riffem prowadzacym, jeszcze kapitalniej umiejscowionemu w ?refrenie?. natomiast sluchajac ostatniego z tych kawalkow trudno nie oprzec sie wrazeniu, ze red hot chili peppers „pozyczyli” od Jimiego nie tylko „Fire” i „Castles made of sand”…
trza znac.
najlepszy moment: I DON’T LIVE TODAY
ocena: 9/10