rageman.pl
Muzyka

The Smashing Pumpkins – Machina: The Machines Of God

rok wydania: 2000

wydawca: Virgin

 

wprowadzamy dzis kolejny zespol do panteonu gwiazd tego bloga. zespol, ktory takze swego czasu (a  konkretnie ponad dekade temu) rzadzil i dzielil na alt-rockowej scenie. lejdis end dzentelmen, przed panstwem Billy Corgan i jego Smashing Pumpkins.

ale co to, nie „Siamese Dream”? nie „Mellon Collie…”? nawet nie „Adore”? nie, bedzie dzis o najslabiej ocenianej (a takze najslabiej sprzedajacej sie) plycie SP. ostatniej przed rozpadem zespolu, ktory nastapil jeszcze w roku jej wydania.

nie zamierzam przekonywac, ze ta plyta jest swietna, niedoceniona itp itd. tak nie jest. ale moim zdaniem to po prostu srednia plyta JAK NA SMASHING PUMPKINS. mnostwo dzisiejszych alt-gwiazdek calowaloby po raczkach za taka plyte. w kontekscie wczesniejszych zas wydawnictw SP to plyta zmarnoanych szans.

bo mialo byc pieknie. po jednoplytowej przerwie do skladu powrocil mocarz perkusji zwany Jimmy’m Chamberlinem. czyli klasyczny sklad znow w komplecie. i nie nalezy sugerowac sie klipami promujacymi plyte – grajaca na basie D’arcy zdazyla zarejestrowac swe partie na „Machine” (choc wiadomo, ze i w tej kwestii nie obylo sie bez ingerencji Corgana-perfekcjonisty). zreszta juz od stworzenia pierwszego dzwieku na album wiadomo bylo, ze bedzie to pozegnalny longplej zespolu, co ponoc mialo podzialac nan mobilizujaco. dodac jeszcze fakt, ze teksty lacza sie w jeden koncept…

wyszlo jednak ponizej oczekiwan. winowajce oczywiscie latwo wskazac – wszak Corgan to w tym zespole lider absolutny, jego mozg, serce, kregoslup. co jednak konkretnie zawinilo? chyba to, ze najzwyczajniej w swiecie ta plyta jest za dluga. co boli tym bardziej, ze mowimy o czlowieku, ktory 5 lat wczesniej stworzyl dwuplytowke trzymajacej w napieciu od pierwszej do ostatniej sekundy.

na pewno nie mozna powiedziec (jeszcze nie wtedy…) ze Corgan sie wypalil. bo sporo tu pieknych momentow. ciekawych nawiazan do wlasnej przyszlosci jak i tworczosci innych. zaczyna sie „The Everlasting Gaze”. najdynamiczniejsza tu rzecz, z kapitalnym soundem gitary i niemal taneczna rytmika. ze wzgledu na konstrukcje niektorzy poczytywali to jako marna powtorke z „Zero”. ja okreslilbym to bardziej jako tzw „puszczanie oczka” do fanow.

oczywiscie ze wzgledu na ultracharakterystyczny wokal Corgana cala plyta jest mocno „Smashingowa”. ale i w sferze dzwiekowej czesto obcujemy z „klasycznym SP”. tu epickosc „Tonight, tonight”, tam jakies pierdolniecie przypominajace, ze Corgan to stary hardrockowiec, przy bardziej elektronicznych momentach odzywaja sie doswiadczenia „Adore”… brzmieniowo to wciaz zas echa fascynacji Corgana „Lovelessem” (za mix odpowiedzialny znow Alan Moulder). zreszta, „Wound” to dla mnie wypisz-wymaluj krajanie Shieldsa z The Cure (tj. z ich najbardziej popowego okresu).

wszystko fajnie, tyle ze ta plyta stoi niestety bardziej cudnymi momentami niz piosenkami. utwory udane od poczatku do konca mozna policzyc na palcach jednej reki. na pewno „Stand Inside Your Love”, jak dla mnie „mentalny nastepca” „Tonight, Tonight”. „This time” wprowadzajacy w stan melancholii, jak potrafi tylko ten band. podobnie zreszta jak „The Sacred And Profane”. no i tyle wlasciwie. w przypadku reszty numerow to pojedyncze „smaczki”. sa tez jednak tracki w calej rozciaglosci slabe, jak 10minutowy kolos „Glass and the ghost children” czy zupelnie od czapy „Age Of Innocence” (masywnie brzmiacy „Blue Skies Bring Tears” o wiele lepiej sprawdzilby sie w roli closera albumu).

trza miec nie tylko sporo cierpliwosci do tej plyty, co odpowiedni nastroj. czyli taki, ktory wywoluje widok za oknem obecnie. ide wiec dalej sluchac „Machiny”.

 

najlepszy moment: STAND INSIDE YOUR LOVE

ocena: 7,5/10

Leave a Reply