rageman.pl
Muzyka

System Of A Down – System Of A Down

rok wydania: 1998

wydawca: American

 

no, o tym zespole to bylo baaaaaaaaardzo dawno temu. a temat nie do konca wyczerpalismy. jedziemy wiec.

problem z zespolem zalozonych przez tych czterech dorodnych Ormian jest to, ze jezdzac na ozzfesty i trzymajac sie z zalogami pokroju Korna czy Slipknota zostali natychmiastowo wrzuceni do wora z napisem „nu-metal”. wiem, gadanie takie to typowy psychofanowy objaw, widoczny zwlaszcza wlasnie u wielbicieli nowego metalu („MOJA kapela to znacznie wiecej niz ten gowniany nu!”), ale soad naprawde nie do konca zasluguje na taka latke. o wiele bardziej za to pasuje „Slayer z Jello Biafra na wokalu i wstawkami z armenskiego folku”. temu zaprzeczyc nie moga nawet najwieksi antagonisci zespolu – SOAD ma swoj styl. inna sprawa, czy on nam odpowiada. ale tak ostatnio nie gral nikt.

z jednym waznym faktem sie rozprawilismy. a oto pozostale dwa:

otoz primo: SOAD sa srednimi tak naprawde songwriterami. owszem, juz na omawianym dzis debiucie podjeli probe napisania Ujmujacej Piosenki. i wyszlo pieknie. na imie jej „Spiders”. tyle ze tak podjarali sie efektem swej pracy, ze na nastepnej plycie popelnia niemal plagiat tej kompozycji. i na imie bedzie mu „Aerials”. zreszta, temat soad-songwriterow bardziej da sie omowic na przykladzie nastepnych, bardziej celujacych w melodie plyt.

no i wlasnie. uwazam debiut za najbardziej udana plyte Tankiana i spolki, bo tutaj proporcje przemawiaja w najwiekszym stopniu za Czadem. a fakt jest taki, ze na polu generowania sonicznego terroru i rzezbienia killerskich riffow chyba zadna numetalowa kapela nie mogla im na przelomie wiekow podskoczyc. w tym kontekscie naprawde nie dziwi to, ze sam Slayer robil im za dobrych wujkow i m.in. zabral w trase na support. i okej, jak sie rzeklo w poprzednim akapicie, rzadko kiedy wszystkie te nie-biorace-jencow motywy muzyczne przekladaja sie na rownie udane kompozycje, ale da sie jednak pare takowych wyroznic. singlowy „Sugar” juz zdarzyl mi sie przejesc, ale wciaz rozumiem co swego czasu mnie zachwycilo w tej piosence. iwzytowka stylu tej grupy. najdluzszy na plycie „Mind” pokazuje, ze i zonglowanie nastrojem potrafi im wyjsc. absolutnym hajlajtem jednak jest zamykajacy stawke „P.L.U.C.K.”. wejscie w 35 sekundzie i nastepujace po nim „harmoniczne wydarcie mordy” przy scianie gitar to jeden z powodow, dla ktorych wciaz chce mi sie czasem posluchac metalu. bajka.

dodajmy do tego tematyke tekstu zarowno tej piesni, jak i tych z calej plyty (rowniez pod ideologicznym wzgledem to zdecydowanie debiut najbardziej mnie przekonuje z calej ich dyskografii), swietna produkcje wtedy-jeszcze-swietnego Ricka Rubina i mamy juz niezbedne minimum by zrozumiec, dlaczego swego czasu nawet snoby z Pitchforka spojrzaly na ten album przychylnym okiem.

 

najlepszy moment: P.L.U.C.K.

ocena: 8/10

Leave a Reply