rageman.pl
Muzyka

The Rolling Stones: Just For The Record

rok: 2003

reżyseria: Steven Vosburgh

 

Zima w pełni, człowiek chory leży w łóżku, co mu szkodzi obejrzeć ponad czterogodzinny film…

Chociaż nazwiska reżyserów się różnią, to mam wrażenie, ze te filmy dokumentalne dołączane do „Machiny” kreci ta sama szajka osób. Mega podobny styl, jedynie film o Hendrixie jakoś się wyłamywał wstawkami pseudofabularnymi. Nie jest to zły styl, ale jednak nie sposób nie odnieść wrażenia, jakby te filmy powstawały od jednego szablonu, seryjna produkcja jakby.

Tutaj niby jest lepiej niż we wczoraj omawianym dokumencie o Marleyu (Tak na marginesie: troszkę wczoraj wkradło się nieporozumienie do notki – Izrael zespół jest chlubnym wyjątkiem we wczoraj omawianej kwestii w skali Polski, a nie światowej, bo taki osad byłby przesada i ignorancja. Koniec offtopa.), Nie tylko dlatego ze to aż 4 godziny. Procentowo więcej tu autorskich ujęć, więcej gadających głów, naprawdę widać jakieś starania. Także sami komentatorzy ciekawsi. Bo chociaż trzeci raz z rzędu pojawia się ten sam łysol z filmów o Fab Four i Marleyu (on naprawdę taki ważniak był?) i parę person, których obecność w tym filmie wzbudza jedno wielkie WTF, tak i pojawiają się też całkiem ciekawe persony. Jak Mick Taylor, były gitarzysta Stonesów czy Anita Pallenberg, była partnerka Richardsa i matka jego dzieci. Nie dość ze ich obecność w dokumencie jest uzasadniona, to przy okazji mówią najciekawsze rzeczy.

Niemniej jednak, choćby nie wiadomo jak bardzo twórcy by próbowali pieprzyc sprawę, nie mogliby nakręcić nudnego filmu. Nie, kiedy tematem jest Największy Rockandrollowy Zespół Wszechczasów. Właśnie, największy. Może nie najlepszy, może już nie najważniejszy, ale po prostu największy. Bo czy jest drugi zespół, który nie dość ze gra już ponad 40 lat, to jeszcze wciąż trzyma formę (o czym mogłem się przekonać 2 lata temu w Warszawie lub choćby dzięki „Shine A Light”)? Ba, są tacy co twierdza, ze jest coraz lepszy. Pod względem koncertowym być może, pod względem kompozytorskim mam wątpliwości. Ale i tak ich uwielbiam. I chociaż minął mi już okres, kiedy twierdziłem ze The Beatles mogliby czyścić buty Jaggerowi i spółce, to jednak wciąż to właśnie RS są dla mnie synonimem Rocka. Nie chodzi o zdolności kompozytorskie, bo okej, tu ustępują Fab Four, którzy dawali im piosenki a nawet doradzali w studiu. Nie chodzi o mesydż i zbawianie świata, bo od dekad za rockowego mesjasza robi Bono i jemu to zostawmy. Chodzi o… Chodzi o to, co można zobaczyć właśnie w tym dokumencie, na przykład. Niezależnie o którym „rozdziale” mówimy (film jest podzielony wg dekad – ’60, ’70, ’80, ’90 i ’00). Choćby mogliby się jako indywidualne jednostki zmieniać, rozwijać, duch zespołu, jego własne „przesłanie” się nie zmieniało. Charakterystyka skrócona do hasła „niegrzeczni chłopcy” jest uproszczeniem. Oni naprawdę byli niebezpieczni. Nie dlatego, ze mogliby obalić jakikolwiek system, ale dlatego ze siali ferment jak mało który zespół na tamte czasy (no, może The Who mogliby ewentualnie konkurować, gdyby nie znacznie mniejsza skala popularności). Wyobraźcie sobie taka sytuacje: przychodzi do Waszego domu jakiś koleżka, kumpel Waszego kumpla. Taki ma sposób bycia, ze opluje Wam ścianę, podziurawi nożem sofę (która i tak już była podniszczona) i rozbije wazon (być może wybierze ten na oko najmniej cenny). No w sumie narobił szkód, ale wazon czy sofę da się naprawić lub kupić nowa, a ścianę pomalować na nowo. I ten typ to Sex Pistols. Natomiast Rolling Stones to znajomy z rozbrajającym uśmiechem, któremu nie sposób nie zaufać. I temu pełnemu urokowi typowi udaje się schlać waszego ojca, nakłonić młodszą siostrę do striptizu na stole i zaspokoić seksualnie matkę, a wy na końcu jeszcze mu podziękujecie za wizytę i zaprosicie ponownie. Wszyscy następnego dnia albo nic nie pamiętają albo chodzą zadowoleni, ale jednak czują, że coś tu jest nie tak.

OK, ale być może dla wielu mowie oczywiste rzeczy i na dodatek nic nie mowie o samym filmie. Jak wspomnieliśmy, film ma 5 chapterów. Najciekawsze są chyba jednak początki, kiedy się najwięcej działo. Dochodzenie do sławy, „Satisfaction”, rock and rollowy cyrk, Marianne Faithfull czy śmierć Briana Jonesa. Kolejna dekada to jednocześnie największy prawdopodobnie sukces artystyczny („Sticky Fingers”/”Exile on Main St.”), ale i początek nieporozumień w zespole, które apogeum osiągną w latach 80tych, kiedy mógł nastąpić koniec The Rolling Stones. Na szczęście wszystko się unormowało i dalsza historia to praktycznie już tylko nagrywanie płyt, coraz większe trasy koncertowe i tzw. spijanie śmietanki. Czyli trochę nudniej jest. Zresztą sami twórcy chyba zdawali sobie sprawę o nieatrakcyjności tego okresu, dlatego pod koniec coraz więcej mówi się np. o sytuacji politycznej (m.in. obalenie komunizmu) czy „wydarzeniach” typu „Rolling Stones po raz pierwszy wystąpili w Chile. Jedyne urozmaicenie, jeśli można tak to określić, było odejście po 30 latach Billa Wymana, basisty. Swoją drogą, temu momentowi poświęca się dosłownie pół minuty filmu, co zakrawa jednak na lekki skandal. No, ale właściwie przez cały film prawie w ogóle się o tym panu nie mówi, wciąż operując jedynie trzema nazwiskami – Richards, Jagger, Watts. Jak dla mnie trochę niesprawiedliwie, nie ujmując nic tym panom… To jedna własna refleksja. Druga to persona Briana Jonesa. W pewnym momencie pada stwierdzenie, ze tak naprawdę to był niedoceniony geniusz, stłumiony przez charyzmatycznych, ale jednak muzycznych rzemieślników Jaggera i Richardsa. Coś na zasadzie Syda i reszty Pink Floyd. Tym tragiczniejsza to postać, bo o ile o geniuszu Syda świadczy debiut PF, tak już o talencie Jonesa nigdzie nie można było się przekonać. Bo najważniejsze płyty RS to już Mick Taylor.

W sumie tych refleksji mam trochę więcej, ale już się powstrzymam. Reasumując – fan Rolling Stones może obejrzeć, reszta musi, by Uwierzyć. Albo i odwrotnie.?

 

najlepszy moment: brak

ocena: 7,5/10

Leave a Reply