Bob Marley: Duchowa Podróż
reżyseria: Mike Parkinson, Ray Santilli
czy wspominalem juz, ze „Machina” miala zajebisty pomysl z tym dodawaniem dokumentow muzycznych do czasopisma?
przyznam szczerze, choc juz chyba o tym wspominalem, ze nie jestem entuzjasta muzyki reggae. raz – niespecjalnie czuje ten vibe i po godzinie sluchania nudzi on mnie niemilosiernie. dwa – ostatnio ogladalem ciekawy wywiad z Mackiem Cieslakiem ze Scianki i w pewien sposob czuje podobnie co on. otoz muzyka reggae jest tak specyficznym gatunkiem, tak zakorzenionym w kulturze jamajskiej/rastafarianskiej (jesli ktorys epitet jest niepotrzebny to prosze skreslic, ja sie na nazewnictwie w tym topicu nie znam), ze NIE DA SIE, bedac niemcem czy amerykaninem, wyrazic samego siebie poprzez te dzwieki i bedzie to jeno tylko kopiowanie soundu. chlubnym wyjatkiem Izrael (zespol w sensie), choc ich trudno nazwac takim „pure reggae”.
i choc fanem Boba Marleya tez nie jestem, to nie sposob nie zauwazyc, ze byl to jeden z najwazniejszych tworcow muzyki popularnej, a dla reggae wrecz jej symbolem. i chocbysmy nie wiadomo jak cenili Lee Perry’ego czy innych pionierow, to nie da sie uciec od tego, ze mowisz reggae – myslisz Bob Marley. ikona i juz. a przy okazji niezwykle barwna postac, z oryginalnym (przynajmniej w kontekscie muzyki popularnej) przeslaniem. no i tak jak w przypadku np Bjork czy, hehe, Behemoth, rowniez pochodzenie mozna uznac za ciekawy watek.
wiec wychodzi na to, ze historia Boba Marleya to istny samograj. wystarczy pokazac pare obrazkow z Jamajki, pare slow dodac o rastafarianizmie i pokazac paru znajomkow, ktore beda gadac o Marleyu per „Mesjasz” i film gotowy. i niestety tak tworcy podeszli do tematu, idac na totalna latwizne. nie dowiemy sie nic wiecej niz to, co mozna wyczytac np w Wikipedii. troche szkoda.
no ale i tak milo sie oglada. bo przeciez ktoz z nas byl na Jamajce? a panowie tworcy sie wybrali. a raczej „wybrali”, bo widac ze zmontowali obrazki juz istniejace. troche tez szkoda, no ale niech im bedzie. ogladamy wiec niefajnie raczej wygladajace miejsce zamieszkania boba-dzieciaczka. biedota Kingston nawija o tym, jakim uznaniem cieszy sie wsrod nich Marley. skok w czasie i oto ogladamy tez fragmenty pogrzebu Marleya, ktory przybral wymiary wydarzenia narodowego. tloczno bylo…
oczywiscie film dokumentalny obejsc sie nie moze bez gadajacych glow. i tutaj tez tworcy dali ciala. bo wypowiedzi matki Marleya czy bylych premierow Jamajki rzeczywiscie cos wnosza. tylko ze to materialy archiwalne, z ktorych panowie rezyserzy chetnie korzystaja przez caly film. sami zas uznali, ze warto spytac sie osobiscie o opinie bylego menadzera Rolling Stones. ekhm. nie no, fajnie ze koles byl raz na koncercie Boba i mocno go przezyl, ale jednak lekkie what da fuck? poza tym zaprosili na kanape kolezkow, ktorzy wprawdzie sa podpisanie „friend of Bob Marley”, ale mam nie wiedziec czemu niecne podejrzenie, ze sam Bob by tak ich nie okreslil i typy po prostu chcialy sie podlansowac. no dobra, dotarli jeszcze do syna, Ziggyego. ale np fajnie byloby uslyszec np Rite Marley czy kogos z Wailersow.
byloby… ale nie jest. choc tez strata czasu film nie jest. a ze o Marleyu tyle filmow nie powstaje co np o Fab Four czy Hendrixie, to warto obejrzec.
najlepszy moment: brak
ocena: 7/10
