rageman.pl
Muzyka

The Last Dinner Party

gdzie: Torwar, Warszawa

kto: The Last Dinner Party, Sunday (1994)

Dziś znów nietypowo.

Otóż dość rzadko się zdarza – jeśli kiedykolwiek – bym na koncert szedł niemal wyłącznie dla supportu. Nie aby nie zdarzały się takie sytuacje, by przy ogłoszeniu koncertu to informacja o supporcie wywołała szybsze bicie serca niż gwiazda wieczoru. Ale zazwyczaj w takich sytuacjach odpuszczam i czekam aż ów support wróci do Polski z normalnym, headlinerskim (lub chociaż festiwalowym – taki set na festiwalu i tak jest dłuższy niż na supporcie) koncertem.

Tym razem miało być inaczej. Na Sunday (1994) (cóż za nazwa!) trafiłem w ramach grzebania w Sonowskim globalnym rosterze. Nie jest to żaden priorytet – bo z takim graniem chyba też ciężko by było o podbijanie list przebojów. Pop w stylu indie łamany przez dream. Gdybym miał szukać najbardziej wyraźnego powinowactwa brzmieniowego, wskazałbym na Chromatics. Z dwóch co najmniej powodów. Przede wszystkim więcej niż podobna konfiguracja personalna, z blond pięknością na baśniowym wokalu i mniej urodziwym mastermindem operacji na gitarze. I tak jak Chromatics dostąpili tego zaszczytu, tak i słuchając Sunday (1994) wyobrażam ich sobie grających na scenie Roadhouse w Twin Peaks…

… no i okazało się, że to skojarzenie całkiem niegłupie. Bo przy jakich dźwiękach wchodzili na scenę? „Twin Peaks Theme”. „You had my curiosity, now you have my attention”! Na ten moment zespół dysponuje jednym albumem i drugim będącym już w drodze (premiera w połowie marca), zatem wielkich możliwości przy układaniu setlisty nie posiadają. Tym bardziej szanuję, że postawili na w pełni autorski materiał, nie sięgając po cudzesy. Poza wybranymi utworami z debiutu (w tym utwór, którym wystartowali karierę, tj „Tired Boy” – bardzo ładny, „świetlny” moment na koncercie) usłyszeliśmy też dwa utwory z EPki „Devotion” oraz niepublikowany „Shame” – zapewne wszystkie znajdą miejsce na nowym albumie.

Wiadomo, że support ma ograniczone możliwości prezentacji – zarówno w kwestii scenografii jak i brzmienia. O ile w pierwszej kwestii „Sundejom” musiał wystarczyć neon z nazwą ich zespołu ustawiony w głębi sceny, tak brzmieniowo wypadli moim zdaniem całkiem nieźle. A przynajmniej na tyle, że można było usłyszeć jak mimo wszystko dużo ich różni od Chromatics – przede wszystkim wokal nie jest aż tak eteryczny, mimo wszystko bliższy jest tradycyjnej pop wokalistyce (jednak w jego klasycznej, niewinnej formie a nie temu co dziś słychać z Eski) niż dokonaniom Julee Cruise. Piosenki też zdają się mieć większy mass appeal. Czy więc jest szansa na powrót do Polski w roli headlinera? Nie postawiłbym na to pieniędzy, ale kto wie.

Czy jest sens zostawać na pełnym (jak się miało okazać – prawie dwugodzinnym) secie koncertowym zespołu, kiedy nie zna się ani jednej ich piosenki? Nie wiem, na szczęście nie znałem też odpowiedzi na to pytanie w piątek, dzięki czemu nie muszę żałować, że opuściłem TAKI koncert. Internety kategoryzują twórczość piątki dziewczyn jako glam rock / indie rock / pop rock. I pewnie to prawda, natomiast bardziej obrazowo opisałbym to tak – wyobraźcie sobie, że te wszystkie Wasze alt-rockowe ulubienice z lat 90-tych: Tori Amos, PJ Harvey, Fiona Apple, Ani DiFranco zakładają supergrupę, a co więcej udaje im się przekonać Kate Bush by to ona w tym projekcie zaśpiewała. No i tak o brzmi.

Brnąc dalej w to porównanie – wydaje się, że najwięcej do powiedzenia ma „gitarowa frakcja” tego projektu. Bo co do zasady jest to jak najbardziej rockowe granie. Mocno zdynamizowane, różnorodne, aż Queen się kłania, ale jednak mieszczące się w ramach gatunku. Tak przynajmniej brzmiało na początku koncertu i tak przez długi czas się zapowiadało. Aż w pewnym momencie zaczęły się dziać dziwne rzeczy, niekoniecznie rockowe. Śpiewy a capella, uduchowione klimaty… jakby do zespołu dołączyła jeszcze jedna znana koleżanka, nieodżałowana Sinead. I przyznam że tutaj koncert wszedł na wyższe obroty i na takowych został już do końca. Nawet jeśli wróciły Gitary i to w najbardziej przebojowej formie. Chyba można powiedzieć, że obiektywnie największa zabawa się rozkręciła na „This Is the Killer Speaking”. Podczas którego to na scenie pojawiły się dwie fanki, by wesprzeć wokalistkę w zaprezentowaniu choreografii do utworu.

Swoją drogą, to kontakt z publiką zasługuje na osobny akapit. Bo powiedzieć że zespół z chęcią nawiązywał rozmowę z publiką to jak nic nie powiedzieć. Co rusz wokalistka schodziła do publiki by odbierać kolejne gifty, prosić o tłumaczenie napisów z transparentów czy po prostu na zwykłe pogaduchy. Czy siadała przez to dynamika? Trochę tak, zwłaszcza na końcu koncertu miałem wrażenie, że może procenty – bo chyba takowe się znalazły w butelce z której wokalistka chętnie popijała – wjechały za mocno. Ale podkreślmy – mnie na tym koncercie być może nawet nie powinno być, a wierzę że dla tych wszystkich dziewczyn (bo to płeć żeńska zdecydowanie dominowała tego wieczoru) to były chwile które będą pamiętać do końca życia.

Ostatnim razem grały na raczej niszowym Inside Seaside, teraz headlinerski Torwar (a że nie do końca wyprzedany to inna sprawa). Co dalej? Main na Open’erze?

najlepszy moment: THIS IS THE KILLER SPEAKING

ocena: 7,75/10

Leave a Reply