rageman.pl
Muzyka

Judyta Sierakowska – Nikt nie słucha. Reportaże o disco polo

rok: 2019

autor: Judyta Sierakowska

Ponad 20 lat istnienia bloga i wciąż się okazuje, że jesteśmy w stanie dotrzeć na tereny jeszcze nieodkryte. Dziś zatem będzie po raz pierwszy o… disco polo.

„Upadek?”. Jeśli już takowy nastąpił, to jeszcze wcześniej. No to coming out: w casach studenckich miałem absolutną zajawkę na Zenka Martyniuka i jego Akcent, która nawet doprowadziła mnie kilkukrotnie na jego koncerty w Trójmieście. Ba, powiem więcej – widziałem na żywo nie tylko Zenka, ale też i Toples czy też Boys. Wciąż mało? Kilka lat temu, za namową mojego ziomka (Jędrzeju, pozdrawiam Cię!), zawitałem na festiwal disco polo w Ostródzie. I powiem tak – przeżyłem sporo przez te kilka dekad, ale jako zjawisko socjologiczne niewiele może się równać z tym, co tam widziałem.

No i właśnie o tym jest książka Sierakowskiej. Bo można, a wręcz należy krytykować disco polo jako gatunek muzyczny (przy czym należałoby wprowadzić w tej krytyce pewne rozróżnienie – ale o tym za chwilę). Ale trzeba być skończonym ignorantem, by pomijać to zjawisko w dyskusjach – o Polsce jako takiej, o naszej kulturze, w szczególności na jej odcinku w latach 90tych, czyli czasu największego prosperity gatunku. Bez disco polo obraz Polski jest nie tylko niepełny, ale wręcz oszukany – jest on w naszym DNA jak bigos, piłka nożna i miłość do Jana Pawła 2.

Czy Sierakowskiej udało się uchwycić ten fenomen? Myślę, że tak. A na pewno udało jej się go opisać w całej swej kompleksowości. Bo o ile pierwsze rozdziały traktują o narodzinach gatunku i jego korzeniach w italo disco czy niemieckich schlagerach, tak już druga część książki praktycznie porzuca chronologie na rzecz rozmaitych odnóg zjawiska. Jest o scenie koncertowej – czyli zarówno imprezach studenckich i dniach miasta, jak i imprezach w remizach czy weselach (te ostatnie praktycznie pozwoliły przetrwać gatunkowi na początku tysiąclecia, w latach jego posuchy medialnej i sprzedażowej). Jest o powiązaniach z polityką – których największym beneficjentem jest dziś wspomniany Martyniuk, ale romans też zaczął się znacznie wcześniej, vide słynny hymn Top One dla kandydującego na prezydenta Kwaśniewskiego. Przede wszystkim jest o całej gangsterskiej patologii jaka zakleszczyła się wokół tej muzyki. Przesadą byłoby mówić o wyraźnych antagonistach tej powieści, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że Cezary Kulesza, twórca największego dla gatunku labela Green Star i człowiek, który praktycznie trzymał całe to uniwersum w ręce, nie jawi się tu w zbyt pozytywnym świetle. Warto wspomnieć, że książka powstała w 2019 roku – Kulesza już działał w strukturach PZPNu, ale czasy jego prezesury dopiero miały nadejść…

I tak, ten mafijny aspekt zjawiska disco polo jest czymś, co oddala go od obrazu kreowanego przez same dźwięki – czyli niewinnych, czasem wesołych a czasem ckliwych, ale zawsze mało skomplikowanych piosenek o miłości. Natomiast należy pamiętać, że mówimy tu o latach 90tych w Polsce – czasach galopującego kapitalizmu, który staranował budowaną dekadami szarzyznę PRLu. Biznesowa anarchia, na której część co bardziej cwanych (nauczonych tego cwaniactwa w komunie) się dziko wzbogaciła, ale jeszcze więcej osób kompletnie nie wiedziało jak się w niej odnaleźć. I kiedy taki Marcin Meller z Boysów mówi, że on nawet nie był świadom, że bujał się z gangsterami, to może jestem naiwny, ale ja mu wierzę. Bo z tymi samymi ludźmi bujali się wszyscy ci, którzy wtedy byli na świeczniku – gwiazdy telewizji, politycy, dziennikarze, etc.

Śmiem jednak twierdzić, że ten romans z gangsterką wcale nie jest największym grzechem disco polo. Bo jest nim to, czym ta muzyka jest dzisiaj, w roku 2026. Owszem, każdy gatunek się przepoczwarza i komercjalizuje jeszcze bardziej – najlepszym przykładem muzyka rapowa. I to nie jest tak, że dzisiejszej odmiany disco polo nic nie zapowiadało – wystarczy przypomnieć sobie takie szlagiery jak „Bara bara” czy „Nie mydło, nie granat”. Ale dzisiejsze disco polo jest nie tylko bardziej bezpośrednie – jest już zwyczajnie obleśne. I, co ciekawe, sami muzycy ze starej gwardii, z którymi Sierakowska rozmawiała (wspomniany Meller czy też muzycy Top One czy Skanera – niestety zabrakło jakichkolwiek wypowiedzi królowej gatunku, Shazzy, która odmówiła współpracy przy książce), także zwracają uwagę na ten problem, a nawet odcinają się od niego. I powiem szczerze – nie wstydzę się mojej słabości do tego najstarszego disco polo, bazującego na syntezatorowych dźwiękach i tekstach o chodzeniu za rękę. Tym bardziej, że jestem 90s kid, więc słuchanie muzyki z tamtej dekady należy do mych obowiązków. Uważam też, że takie disco polo jest potrzebne – trzeba być zupełnie oderwanym od rzeczywistości oczekując, że każdy będzie słuchał Chopina i Myslovitz. Ale jest różnica między prostotą a prostactwem. I to jest dokładnie ta sama różnica co między starym i nowym disco polo.

To powiedziawszy, mam też kilka zastrzeżeń do dzieła Sierakowskiej. Rozumiem, że chciała wyróżnić aspekt wkładu kobiet w gatunek. Natomiast poświęcanie całego rozdziału Top Girls trochę trąci product placementem – nie uważam, by historia tego zespołu była na tyle ciekawa, by poświęcać jej aż tyle miejsca. Jest cały rozdział o (psycho)fanach disco polo, ale nie uwierzę w to, by zjawisko groupies nie dotknęło też i disco polo – o tym jednak ani słowa. W ogóle trochę pod koniec książka traci rezon – brakuje jakiejkolwiek klamry na koniec. Ktoś być może poczyta to akurat za zaletę, ale też trudno po lekturze całości ocenić, jaki do tego uniwersum ma stosunek sama autorka. Raz zdaje się mieć sporo empatii i wyrozumiałości, by innym razem polecieć lekkim klasizmem.

Czy warto przeczytać te Reportaże? Zdecydowanie tak, nawet jeśli się jest zdeklarowanym wrogiem zjawiska. Ale wrogów też wypada znać.

najlepszy moment: po lekturze całości stwierdzam, że Białystok to jednak stan umysłu

ocena: 8,25/10