rageman.pl
Muzyka

Bob Dylan – Dylan

rok wydania: 2007

wydawca: Legacy

 

okej, moi drodzy. lecimy dzis klasyka.

DYLAN. glosi prostej konstrukcji okladka. nic dodac, nic ujac. kolejny z serii best-of’ow Roberta Zimmermana wydany zostal w trzech formatach: podstawowy, jednoplytowy; rozszerzony, trzyplytowy i kolejkcjonerski, gdzie poza trzema cedekami otrzymujemy jeszcze gadzety. my omawiamy pierwszy z nich.

czy da sie podsumowac kariere Dylana w blisko 80 minutach? nie da sie. to tak jakby, poslugujac sie porownaniem z „felietonu” zawartego w ksiazeczce albumu, opisac historie swiata w nowelce. nie trzeba dodawac, ze zachowujemy przy tym odpowiednia skale. tym bardziej, ze naprawde tworczosci Dylana nie trzeba lubic, nie mowiac juz o wielbieniu. ale jesli czlowiek robi w sztuce przez piec dekad, zaliczajac po drodze pare rewolt stylistycznych. jesli nagrywa przynajmniej kilka plyt kladacych podwaliny pod muzyke rozrywkowa i kilkakrotnie razy wiecej piosenek, ktore namieszaly nie tylko na listach przebojow, ale tez w glowach i sercach ludzi… no to taka skladanke nie mozna inaczej traktowac jak wstep do zapoznania sie z tworczoscia Dylana. i nic wiecej. zreszta, czy najlepszy? tez mozna to poddac w watpliwosc, zwazywszy na to, ze to nie pierwsze (i pewnie nie ostatnie..) tego typu wydawnictwo w jego karierze. dodac do tego fakt, ze raczej juz ten pan nie nagrywa klasycznych piesni, z formalnego punktu widzenia nic nie tlumaczy sensu wydania tej skladanki.

no ale okej, cieszmy sie z kolejnej okazji do posluchania tego, co Dylan mial do powiedzenia. na szczescie wydawca i selekcjonerzy piosenek nie probuja wciskac kitu, ze Dylan od dziesiatek lat nagrywa rzeczy wybitne. bo niestety tak nie jest. 11 piosenek to klasyki z lat 60tych. 4 kolejne piesni z dekady pozniejszej. po jednym reprezentancie maja „Time Out Of Mind” z ’97 i wydany 9 lat pozniej „Modern Times”. i to proporcje jak najbardziej optymalne w przypadku Dylana. choc w sumie mogla sie znalezc choc jedna piosenka z lat 80tych dla dopelnienia obrazu. zwlaszcza ze, moim zdaniem, ostatnie lata studyjnej dzialalnosci Dylana wcale nie prezentuja sie tak znacznie lepiej. co najlepiej pokazuje „Things Have Changed” z soundtracku do „Wonder Boys”. jakim cudem w ’00 roku to ta piosenka, a nie „I’ve seen it all” Bjork wygrala Oscara do konca zycia zostanie dla mnie niepojeta zagadka.

lyzka dziegcu za nami, teraz sam miod. znow mamy okazje, by podejsc do tematu ogolniej. czy Dylan wielkim artysta jest? jest. kto inaczej uwaza niech wyjdzie z sali, ale to juz. natomiast odebna kwestia jest, co rozumiemy przez pojecie „artysta”. albo scislej – „artysta muzyczny”. postawmy sprawe jasno – ktos, kto nie slyszal przynajmniej jednej plyty, jednej piosenki The Beatles, Beach Boys, Elvisa Presley’a, The Rollings Stones, Leonarda Cohena czy Dylana wlasnie nie powinien wchodzic w powazniejsze dysputy na temat muzyki. ladne haslo towarzyszy promocji ostatniej plyty Marka Piekarczyka (hehe) „Zrodlo” – „Kto ma dostep do zrodla, ten nie musi czerpac z kaluzy”. sporo prawdy w tym, choc przy rozwinieciu tematu isteniej ryzyko okazania sie ignorantem. bo nie jest tak, ze to co powstalo w Muzyce chocby w samym XXI wieku to jedna wielka kaluza. ale nie jest przypadkiem, ze wiecej melomanow ogranicza sie do muzyki sprzed, dajmy na to, 1980 roku niz tych, dla ktorych muzyka zaczela sie od „Kill’em All”. i nie mowimy tylko o dziadkach, ktorzy dobrze pamietaja lata 70te.po prstu jest tak, ze jesli zachwyci nas we wspolczesnej muzyce cala piosenka lub jakis jej pomysl aranzacyjny, to na 90 procent wymyslono juz to wczesniej, przynajmniej te 2 dekady temu. sad but true.

no wiec mamy Dylana, Fab Four, Presley’a i wszystkich tych wymienionych wczesniej (to kanon ustalony napredce, jutro zapewne wyrzucilbym jakas nazwe i dodal inna). wszyscy sa odpowiedzialni za to, jak rozwijala sie szeroko pojeta muzyka rozrywkowa, a takze za to, jak wyglada ona dzisiaj. znajomosc ich muzyki w najwiekszym stopniu zmienia perspektywe, w jaki postrzegana byc moze (i byc powinna) Muzyka (zamiast dodawac za kazdym razem epitet „rozrywkowa” umowmy sie po prostu, ze pomijamy w tym momencie jazz i klasyke). na chlopski rozum – znasz „Pet Sounds” i nagle prawie caly wspolczesny pop wydaje ci sie banalny. obczajasz „Dark Side Of The Moon” i dostrzegasz, ze dzisiejsze prog rockowe wynalazki okazuja sie smieszne. generalizujemy oczywiscie ostro, ale hope u get the picture.

dobra, przechodzimy do clou programu. znamy zatem te wszystkie tuzy Muzyki, wiemy juz ze sa Artystami. znamy wspolny mianownik w postaci przeogromnego wkladu w Muzyke i ich innowacyjnosc. ale no wlasnie – czy tych mianownikow wspolnych jest wiecej. czy artyzm ich wszystkich nalezy szacowac jedna miara? nie do konca. The Beatles dostarczyli nam zestaw najgenialniejszych meloddi swiata, w poznejszym okresie dzialalnosci dolaczyli do tego innowacyjnosc na polu aranzacyjnym. zasluga The Rolling Stones jest odkrycie, ze szczypta pikanterii (zarowno w samej zawartoscii plyt, jak i przy ich szeroko pojetej promocji) nie tylko podciaga sprzedaz, ale tez dobrze sluzy samym dzwiekom. gdyby Elvis Presley nie podciagnal ruchu scenicznego do rangi sztuki, ktory stanowi jeden z podstawowych dodatkow do muzyki, to bysmy tak jak Robbie Leszczynski tkwili w przekonaniu, ze Michael Jackson to zwykly tancerzyk a nie artysta.

okej, a Bob Dylan? a Bob Dylan pokazal, ze w Muzyce jest wazne nie tylko to jak sie spiewa, ale tez CO sie spiewa. ze „piosenka musi posiadac tekst”. a nawet wiecej – ze tekst stanowi elementarny skladnik tej Muzyki i bez zrozumienia tekstu nie da sie zrozumiec dzwiekow im towarzyszacych. to cenny wklad. jednak tylko wtedy, kiedy rzeczywiscie przywiazujemy do tekstow wage. dla kogos takiego jak ja, ktory woli jednak do dzwiekow dopowiadac wlasna historie… ba! ktory nawet wolalby z tego powody czasem nie znac rzeczywistego znaczenia wyspiewywanych slow… dla kogos takiego Bob Dylan jest wybitnym artysta, ale bardziej za zaslugi niz frajde czerpana sluchania z niego. snobowania sie nie bedzie – genialny artysta musi byc dla mnie przede wszystkim genialnym kompozytorem. a na tym polu Dylan przegrywa nie tylko z Lennonem, McCartney’em czy Wilsonem, ale nawet z U2.

ale tez by nie przeginac – trafily sie Dylanowe genialnie stricte muzycznie piosenki. nie na zasadzie „slepej kurze ziarno”. jeno parafrazujac pewna znana teorie – „genialnym kompozytorem sie bywa, a nie jest”. w tym kontekscie „The Times They Are A-Changin” nie zbliza sie do absolutu, ale juz „Mr Tambourine Man” – jak najbardziej tak. jeszcze lepiej sie dzialo, gdy Dylan „poszedl w electro”. „Like A Rolling Stone” – WIADOMO. „Knockin On Heaven’s Door” juz zawsze bedzie doprowadzal mnie do placzu. „Hurricane” to jak dla mnie najlepszy dowod na to, ze urockowienie Dylana to dzielo Boga, conajmniej. no i dla dopelnienia mego Dylanowego Top5 (przynajmniej ograniczajac sie do tej skladanki) – „All Along The Watchtower”. i tu dochodzi inna kwestia. westia coverow. abstrahujac od wczesniejszego lekkiego zdyskredytowania Dylana-kompozytora, to trza przyznac, ze chlopak napisal na tyle plastyczne piosenki, ze mozna bylo z nimi zrobic genialne rzeczy. i paru wykonawcom de facto to sie udalo. Ministry i ich „Lay Lady Lay”. RATM i „Maggie’s Farm”. zreszta Dylana coverowano tyle razy, ze pewnie kazdy ma w tym temacie wlasnych faworytow. no i wlasnie – dla mnie takowym np nie jest Hendrixowe „All Along The Watchtower”. to wierutne klamstwo, ze Jimi poprawil ten numer. ta akurat piesn juz jest genialna w oryginale.

podsumujmy wiec: dla mnie, przynajmniej tej skladance, blizej do „Elementarza Pierwszoklasisty” niz „Procesu”. czyli znac trzeba, ale bardziej by nauczyc sie czytac to, co nastapilo pozniej. hmmm… no dobra, powiedzmy ze „Mitologia” Parandowskiego. lepiej?

 

najlepszy moment: MR. TAMBOURINE MAN

ocena: 8,5/10

Leave a Reply