The Holy Mountain
kto: The Holy Mountain, Dobry Dzień, No Reason Why
„Widzę szczyt za szczytem, zaszczyt za zaszczytem”. Więc kolejny szczyt zdobyty, przynajmniej zawężając sprawę do imprez Progressive Rage. We wtorek gościliśmy zespół spoza Polski. Ba, nawet spoza kontynentu. Na dodatek byli to osławieni The Holy Mountain.
No dobra, niby to było bardziej organizowane przez Królika i ekipę od DIY hardcore punkowych koncertów, ale co tam.
Tradycji musiało stać się zadość, więc o planowanym początku imprezy – godzinie 19 – klub był praktycznie pusty, choć jakieś tam pojedyncze ludziki zaczęły się schodzić. Koniec końców nie była to publika na miarę La Fraction (do koncertów organizowanych w Orbitalu nie ma co porównywać, bo to jednak ciut inna objętość), ale też nie było źle. Byli ci, co być mieli. Większej ilości dzieciaków załapujących się na hasło „hardcore”.
Anyway, około 20.20 zaczął grać pierwszy support. Trójmiejski No Reason Why. Chłopaki dołączyli do rozkładu właściwie w ostatniej chwili, w zastępstwie olsztyńskiego Edelweiss Piraten. Ostatni raz chłopaków widzieliśmy w grudniu na Youth Feście. Wtedy to był pierwszy koncert, przez co chłopaki byli ciut niezgrani. Minęły dwa miesiące i już jest znacznie lepiej. W tej kwestii. Bo chłopaki dalej dobrze się prezentują na scenie, dalej jest energia (no w końcu to oldskulowy, jak w mordę strzelił, hardcore), choć wciąż jest to średnio zapamiętywalne. Choć, co dziwne, bo chyba dużej rotacji materiału nie było, i w tej kwestii wydaje się, że było lepiej. Na pewno lepiej niż w przypadku drugiego trójmiejskiego supportu. Niewiele się zmieniło w trójmiejskim Dobrym Dniu od czasu ich występu przed Monster rok temu w Orbitalu. Wprawdzie wokalistki nie ma już od paru lat, ale dla mnie to wciąż ogromna strata. Bo gwoli ścisłości: granie Dobrego Dnia jest naprawdę dobre. Punkowo, emocjonalnie, ale… no mnie to już aż tak nie rusza jak kiedyś, gdy zobaczyłem ich po raz pierwszy w Radiostacji. Spotykamy się w dokładnie tym samym miejscu, choć teraz to Negatyw, a ja dalej tęsknię… za tamtym zespołem. Eh. No ale najwyraźniej kapeli jest dobrze z tym, jak jest, więc trza się już zacząć godzić z tą sytuacją.
Szkoda mimo wszystko, że choć obie kapele dały naprawdę dobre występy, to jakoś odzew publiki był słabawy. Co tym bardziej boli mnie jako pomysłodawcę koncertu w tym miejscu. No ale chyba nie chodzi o brak atmosfery ze względu na klub? Hope so.
Choć było już znacznie lepiej na gwieździe wieczoru. Dosyć wcześnie zaczęli, bo o 21.40. Najwyraźniej panowie nie lubią się ociągać. Bez zbędnego intra zaczęli swój punkowy rozpierdol. No właśnie. Na plakacie widnieje „hardcore”, co dla mnie nie do końca oddaje istotę sprawy. Całość opierała się na szaleńczym wręcz tempie (perkusista wariat). Niestety, tempie only. Jakieś bardziej intrygujące zagrywki pojawiały się za rzadko. Dodać do tego bezlitosne gitary i równie niepozostawiający żadnych wątpliwości wokal.
Bezkompromisowo. Żadnych melodyjek. Bezlitośnie. Jestem bardzo na tak. Choć jednak spodziewałem się odrobinkę więcej.
Jeśli gra się w ten sposób, to 40-minutowa dawka to ciut za dużo. Nawet jeśli sporą część zajęły wyproszone bisy. Jeśli więc gra się tyle czasu, trzeba poza powaleniem słuchacza energią dać mu coś więcej. Na przykład zajebiste brzmienie. A tego właśnie, jak na złość, też zabrakło.
A może akustyk nawalił? Choć za nagłaśnianie był odpowiedzialny sam Iwo, więc wierzę, że zrobił swą robotę najlepiej, jak potrafił.
Więc zamiast oceny bardzo dobrej będzie tylko czwóreczka. Co i tak chyba niezłym wynikiem jest. Tak jak wciąż wyjebanie niezłą kapelą jest THM.
najlepszy moment: THE HOLY MOUNTAIN – MPL
ocena: 6/10

